ONA:

To, że obejrzałam ten film, jest zasługą wyłącznie moich gimbazjalnych wrzodków, z którymi ostatnio miałam „poważną” rozmowę na temat hip hopu. Ja tego rodzaju muzyki nie trawię. Ona zupełnie mi nie podchodzi i nie ważne czy jesteś Liroyem, Tede, Mezo, OSTR, czy Peją – nie licz, że będę tego słuchać. Dla mnie poziom polskiego rapu jest z leksza żenujący, a „śpiewanie” non stop o tym, że się gibałbo pod blokiem z ziomkami, jarało trawę, a tato bił kablem od żelazka, jest materiałem być może na jedną płytę, a nie na całą karierę. Nieco lepsze wrażenie robią na mnie amerykańscy raperzy, zaczynając od Kriss Kross i Marky Marka, po Jay Z i Eminema. Moje zamknięcie muzyczne jest legendarne, ale to, co udało mi się gdzieś tam posłuchać, daje mi jakiś tam obraz. I szczerze – po Paktofonice już tych wszystkich twórców nie rozróżniam zupełnie. PFK mimo tego, że nie była ani odrobinę w moim guście, była jakaś. Nawet ja znam „Chwile ulotne” i „Jesteś Bogiem”.

Zalew sezonowców, którzy z miejsca pokochali ten skład po premierze „Jestem Bogiem” -był ogromny. Ja do tej produkcji podeszłam mega kpiąco, no wprost nie dało się bardziej. Nie było nawet w planie zobaczyć jej na dużym ekranie. A potem moi zakapturzeni wychowankowie opowiadali, że byli – uwaga – byli, nie spiracili! Wydali hajs na bilety i oglądali w skupieniu. I z drugiej strony, to dzieło, bardzo kontrowersyjne i nieco „przekłamane”, nowemu pokoleniu, pokoleniu „po Magiku”, przypomniało jak polski hip hop się rodził. Wrócili do korzeni, które były zdecydowanie inne, lepsze i bardziej wartościowe, niż to, co teraz wypluwa ta subkultura. To już dwa plusy…

Nie mam zamiaru rozpływać się tu w zachwytach nad Paktofoniką. Dla mnie to trio składało się z: tego przystojnego (Fokus), tego dziwnego (Rahim) i tego z podkrążonymi oczami (Magik). Pamiętam news, który gruchnął końcem 2000 roku. Magik nie żyje. Wyskoczył z okna. Tak po prostu. Osierocił syna. Zostawił przyjaciół… I nagle, ni z dupy, ni z pietruchy, po tak długim czasie, ktoś bierze tę historię, dodaje do tego trochę filmowego woalu (wiadomo co się sprzedaje) i robi z tego film. Nie jest to dzieło, które urwie komuś tyłek, zachwyci i wybebeszy, tak jak już napisałam – ja do niego podeszłam kpiąco i gdyby nie kilku 14- i 15-latków, nie obejrzałabym go jeszcze długo. Ale obejrzałam. Poświęciłam wieczór i co? Oglądałam go w ciszy. Nie byłam wzruszona, nie szlochałam, a po plecach nie spływały mi mele wymieszane z łzami, ale zawiesiłam się w dziwnym stanie, którego do teraz nie potrafię jednoznacznie opisać. Chyba najbardziej poruszyły mnie dwie kwestie. Pierwsza to ogromna ambicja i jednoczesna upartość, by w końcu dojść na szczyt – w tym konkretnym wypadku szczyt ten nazywał się „Kinematografia”. Druga to branża/ „Jesteś Bogiem” boleśnie obnaża rynek muzyczny, producentów, ale i artystów. „Jesteś Bogiem” jest nieco „dziwnie” pokazuje samą Paktofonikę – i jako zespół, i jako pojedynczych artystów. Kruca fux, ten film jest dziwny! Tylko dlaczego ja ciągle o nim myślę?!

Wzbijając się na wyżyny swojej obiektywności napiszę, że ani technicznie, ani merytorycznie ten film mnie nie ujął. Wykonanie typowo polskie, szaro-bure, nudnawe i z montażem godnym pamiątki pierwszej komunii. Fabularnie – z dupy. Pewne zachowania były trochę za bardzo wyciągane na wierzch, a te bardziej sensowne albo były zepchnięte do jakiś nic nie znaczących epizodów, albo nie było ich zupełnie. Poza tym, oglądanie filmu biograficznego, przynajmniej moim zdaniem, jest o wiele bardziej wartościowe, gdy ma w sobie jakieś minimum zaskoczenia – tu go nie ma. Magik popełnia samobójstwo, a po drodze było smętnie.

Ale mimo wszystko, polecam. Bo to film o ludziach i ogromnej ilości „twarzy”, które zakładają każdego dnia i które nie zawsze im pasują. To trochę dokument i o zespole, i o Śląsku, i o wartościach…

A, i przeczytajcie koniecznie co o tym filmie myśli Koza z Pozytywnie-Recenzyjnie (jestem dobrą „mamą” – chwalę się osiągnięciami własnych dzieci).

ON:

Mam jedną pierdoloną schizofrenię.
Zaburzenia emocjonalne,
Proszę, puść to na antenie

Kaliber czterdzieści i cztery był wyjątkowy. To polski hip-hop, obok którego trudno było przejść obojętnie. Psychodelic rap, psychodelic hip-hop to nowe kierunki w polskiej muzyce znanej z blokowisk. Oczywiście nowe to one były pod koniec lat 90-tych, kiedy to pojawia się na rodzimej scenie Kaliber, a później Paktofonika. Tyle, że panowie z PFK poszli dalej, stworzyli coś, czego nie udało się powtórzyć nikomu. Mamy obecnie całkiem zacną kadrę hip-hopową, ale żaden z panów (sorry F.I.S.Z.) nie dogonił chłopaków z Pakto.

Z drugiej strony Paktofonika to trzech chłopa. Fokus popierdala teraz z indiańską księżniczką, tworzy coś, co płytkie jest jak kałuże za domem, a w każdym wywiadzie pokazuje jaka słoma z butów wystaje. Wystarczyło, aby minęło kilka dobrych lat od czasów Pakto i punkt widzenia zmienił się diametralnie.

Gdy w maju 2012 roku „Jesteś Bogiem” weszło do polskich kin, wszyscy się obsrawali tą produkcją. Ludzie wychodzili ze łzami w oczach z seansów, brakowało tylko jeszcze naśladowców Magika, którzy jak Zbyszek “z Comy” skoczył z wieżowca. Nie ujmuję wielkości zespołowi oraz każdemu z jego założycieli, ale historia opowiedziana w filmie Leszka Dawida jest miałka i przeciętna. To, co przydarzyło się PFK, idealnie pokazuje polskie gówno i nasze wspaniałe cwaniactwo. Pan Koza, który wyruchał chłopaków bez mydła, później walczący o nich do końca Gustaw, który wydaje się postacią pozytywną, ale ma też swoje za uszami. Magik, który stworzył swój własny świat, tak bardzo popierdolony, że tylko brakowało w nim błękitnego kota, palącego fajkę ubitą zielonym. Fokus i Rahim to kolesie, którzy ucieczkę z własnego bagna widzieli w muzyce i trzeba przyznać, że wszyscy razem zrobili coś wyjątkowego. Powstała Paktofonika, jeden z niewielu sensownych, polskich zespołów hip-hopowych.

Dlaczego tak jadę po filmie Dawida? Bo nie jest wyjątkowy, bo opowiedziany jest w sposób prosty, a może prostacki, bo zagrany jest przeciętnie. Taka standardowa Polska tandeta, która trwa dwie godziny. Wiem, że jestem trochę niesprawiedliwy, ale popatrzcie: „Argo” także jest na faktach, także wiemy jak się kończy opowiedziana w nim historia, a pod koniec filmu siedzimy jak na szpilkach, w „Jesteś Bogiem” brak tego czegoś, czegoś, co sprawia, że stajemy się częścią opowieści.

Po premierze podobno burzył się Fokus, burzyli inni, że historia ta wyglądała inaczej, że jest przekłamana i przekoloryzowana. Nikt poza trójką z Paktofoniki nie wie jak było naprawdę, ale jedno jest pewne – Magik nie poradził sobie ze swoimi demonami, a jego bliscy zostawili go samemu sobie, co doprowadziło do tragedii. Ale pamiętajmy, że to było 10 lat temu, od tego czasu wiele wody upłynęło w Wiśle, ale pewne rzeczy w polskiej branży muzycznej nadal pozostały takie same.

„Jesteś Bogiem” jest przeciętne i męczące. To kino tylko dla prawdziwych fanów zespołu, którzy chcą hołd swoim ukochanym artystom.