ON:
Na „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” szedłem z nadzieją – z nadzieją, że otrzymam kino lepsze od „Człowieka ze Stali”, że wreszcie stajnia DC zacznie robić kino, które daje tak samo wiele zabawy, jak produkcje „Marvela”. Niestety, zawiodłem się.
Nie będę opisywał fabuły, bowiem spojlerowanie, to najgorsza rzecz, jaka może przytrafić się kinomanom. Osoby, które to robią, mają w piekle specjalne miejsce. Tutaj ślę serdeczne „fakju” kolesiowi, który kiedyś na forum zaspojlerował „Heavy rain”. Napiszę o czymś innym, o tym dlaczego ten film jest jednocześnie dobry i zły.
Zacznijmy od tych mocnych stron. „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” jest dziełem bardzo ładnym. Kilka naprawdę niesamowitych kadrów, niezłe zdjęcia, odpowiednio podrasowany filtr. To wszystko składa się na ucztę dla oczu. Do tego należy dodać bardzo dobre nagłośnienie, które nie wbija w fotel, ale sprawia, że warto obejrzeć ten film w kinie. Muzyka Zimmera nadal jest świetna. Urzekły mnie niektóre kady i sprawiły, że dużo przychylniej patrzę na tę produkcję. Superman pojawia się kilka razy jako mesjasz, ujęcia jego osoby zstępującej z nieba, ratującej potrzebujacych, to naprawdę majstersztyk. To jest coś, co pokazuje „boski” aspekt jego osoby. Do tego świetny kadr z ciągniętym przez Człowieka ze Stali okrętem. Tylko czy to wystarcza?
Elementy estetyczne to nie wszystko. Kino to przede wszystkim aktorzy. I co by nie mówić, cały film „zrobił” Jesse Eisenberg, który wcielił się w Lexa Luthora. To, w jaki sposób zagrał swoją postać, zasługuje na nagrodę. Poziom popierdolenia, drobne tiki, ruchy ciała, gestykulacja, mimika. To wszystko jest na poziomie gry, jaką pokazał w „The Dark Knight” Heath Ledger. Takiej drugiej szalonej postaci próżno szukać w ostatnich filmach. Henry Cavill jest taki sam jak w poprzednim filmie, czyli zwykły. Nie funduje nam żadnych zaskoczeń. Dochodzimy wreszcie do Bena Afflecka, grającego Batmana. Nie jest on tragiczny, ale…, no właśnie – ale. Chyba oczekiwałem czegoś więcej. Epizodycznie pojawia się w tym obrazie Jeremy Irons, który gra Alfreda. Szkoda wielka, że nie pomyślano, aby bardziej rozwinąć jego postać, bowiem ma on zadatki na kogoś, kto lekko rozweseli tą opowieść. Zobaczymy co przyniesie przyszłość. I tak naprawdę to tyle. Reszta postaci jest tak epizodyczna, że zupełnie bez znaczenia. Po prostu pojawiają się i znikają.
Dlaczego uważam, że jest to obraz zły? Dlatego, że po raz kolejny twórcy nie potrafią zdecydować się, dla kogo tworzą film. „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” to nie jest film ani dla dzieciaków, ani dla widzów dorosłych. Pacholęta pogubią się w rozmowach nawiązujących do mitologii, nie zrozumieją przesłania o boskości. Jest taka scena pod koniec, gdzie Lex mówi o bogu i człowieku. Nie będę się wdawał w szczegóły. Obstawiam, że, żaden z mający nawet 12 lat szczeniak nie zrozumie tego przekazu. Z drugiej strony, gdy już dostajemy „doroślejszy” bo na pewno nie dorosły scenariusz okazuje się, że superbohaterowie nie krwawią, nie przeklinają nie są w żaden sposób „dorośli”. Pamiętacie skecz z tłumaczeniem filmów „ty też terefere”? Tak to właśnie wygląda. Ogromna szkoda.
Całości dopełnia jeszcze jedna rzecz, właściwie dwie rzeczy. Oba pojazdy Batmana. Są one po prostu nijakie, brzydkie.
Jeśli chcecie zobaczyć ten film, to na pewno w kinie będzie on bardziej efektowny. Kolejna sprawa nie idźcie na wersję z dubbingiem, bo gry Jesse Eisenberga nie odda żaden polski aktor. No i na sam koniec jeszcze jedna sprawa. Twórcy Marvela przyzwyczaili nas do dodatkowych scen po końcowych napisach, tutaj tego nie ma. Możecie śmiało wyjść z kina gdy tylko pojawi się czarny ekran.
ONA:
Nie spodziewałam się szału. Moim zdaniem Nolan i Bale tak wysoko podnieśli poprzeczkę, że nie ma za bardzo szans, by z Człowieka-Nietoperza wycisnąć więcej. Niemniej – ogląda się. Ale „Batman v Superman” nie będzie moim superbohaterskim faworytem.
Przede wszystkim film się okrutnie dłuży. 150 minut, przy czym dłużyzn jest tu na jakąś godzinę. Bohaterowie się miotają, nawet bym powiedziała, że drażnią. Nie broni tego filmu akcja i efekty – to absolutny must have tego typu dzieł i teraz naprawdę trudno mówić o kinie akcji, w którym efekty są słabe. Słaba za to jest choreografia walk – miałam wrażenie, że zaraz wyskoczą jakieś hinduskie tancerki i zaczną gibać się razem z bohaterami.
Sama historia? W cholerę tu chaosu. Dziwne uproszczenia w ważnych momentach i durne streszczenia, po których tak naprawdę nie widać czemu Batman i Superman zaczęli ze sobą walczyć. Nolan pokazał, że można to wszystko pięknie poprowadzić. Snyder chciał połechtać wszystko, co się da.
No i wreszcie: aktorzy. Mój osobisty ranking Batmanów otwiera Bale, a zamyka Kilmer. Ben Affleck miał proste zadanie: nie być tak tragiczny jak Val. Udało się to mu. Batman w wykonie Afflecka jest całkiem fajny. Świetnie zbudowany, bardzo próżny, szpakowaty. Jest seksowny, jest silny, jest zadziorny. Jest też wkurwiony i chce zemsty, chociaż chyba sam do końca nie wie na kim. Henry Cavill jest bardzo uroczym Supermanem, ale ta postać nigdy mnie nie ogrzewała jakoś wybitnie bardzo. Jest takim Jezusem w pelerynie. Chce dobrze, ale nie zawsze mu to wychodzi. Amy Adams – tragedia. Laurence Fishburne – meh. Jeremy Irons – fajnie się sprawdził jako Alfred. Gal Gadot jako Wonder Woman – piękna. Przez te 10 minut, kiedy jest na ekranie, skupia uwagę kompletnie. Ale to wszystko pikuś przy tym, co zrobił Jesse Eisenberg. To poziom szaleństwa, który rozpoczął Heath Ledger. Lex Luthor w jego wykonaniu jest i psycholem, i gówniarzem, i szajbusem, za którym nie da się nadążać. On zgarnia wszystko. Ściąga całą uwagę, jest nieobliczalny, irytujący, ale nie dlatego, że jest słaby (to robi Adams), tylko dlatego, że jest popieprzony aż miło.
Podsumowując: małe oczekiwania, mały zawód. Obejrzałam. Nie będzie to ani mój ulubiony Batman, ani film ze superbohaterami w rolach głównych.
