ONA:
Nasz blog ma już prawie 2 lata. No ok, do kolejnych urodzin jeszcze trochę zostało, ale dziś będzie przełomowo. Otóż podczas tej historii, którą tu sobie piszemy, nigdy nie zdarzyło nam się recenzować czegoś, czego nie widzieliśmy/czytaliśmy/słuchaliśmy itp. Każdy film, każda gra, książka, komiks, płyta z muzyką, cokolwiek – najpierw było poznane. Dziś – i przyznaję się bez bicia – napiszę recenzję filmu, którego nie widziałam. Dobra, trochę inaczej – którego nie obejrzałam do końca…
Wierzcie mi, próbuję podchodzić do kina innego, niż amerykańskie albo amerykańsko-europejskie. Od czasu do czasu pojawia się w naszych głowach myśl „A może obejrzymy JAKIŚTAM film produkcji (tu wstaw dowolne państwo inne niż USA)?” Tylko dlaczego to zawsze kończy się katastrofą? Twórcy za wszelką cenę chcą wyjść poza komercyjność i sztampę, a widza pragną zachwycić głębią ich dzieła, zapominając o tym, że czasy antycznego katharsis mamy już dawno za sobą. To fajnie, jak film nas zachwyci, porwie i sprawi, że podczas seansu zapominamy nie tylko o mruganiu, ale i o oddychaniu. Ale niestety, na ogół jest po prostu głupio. Film „Metro” produkcji rosyjskiej z 2013 nazywany był najbardziej oczekiwanym europejskim filmem roku, genialną produkcją katastroficzną, która mogłaby wchodzić w szranki z tymi najlepszymi i najpopularniejszymi, stworzonymi w Fabryce Snów, Po pierwsze: dlaczego najbardziej oczekiwanym? Ja bardziej oczekuję na to, że któregoś dnia jakieś prywatne home porn od księcia i księżnej Cambridge ujrzy światło dzienne. Po drugie: dlaczego film roku, jak to nawet nie nadaje się na film tygodnia, którym katuje się osadzonych w więzieniach?! Po trzecie: „Metro” można zestawić z maksymalnie „katastrofalnym” kinem polskim. Każde inne dzieło, w którym jest minimum akcji, włączając w to film ze studniówki z pewnego cieszyńskiego technikum, jest bardziej sensowny i logiczny, niż historia z moskiewskiego metra. Obejrzałam ten film mniej więcej do trzech czwartych jego długości, zasypiając po drodze kilka razy, bawiąc się z psem, grając w Simsy i zastanawiając się jaki kolor farby dobiorę do moich szaro-brązowych frontów w powstającej kuchni. A gdy zobaczyłam, że przede mną jeszcze trochę zostało – odpuściłam. Męczenie się z takim paszkwilem było zupełnie pozbawione sensu.
Jeśli chodzi o fabułę, to poza katastrofą mamy obraz ludzkich wątpliwości i namiętności, zderzony z reakcjami na stres i zagrożenie. Więcej ckliwych wątków, których nikt nie rozumie i które są zupełnie zbędne, jest tylko w „Klanie”. Ale okej, to ponoć film katastroficzny, a jak wiadomo nie od dziś – w tym gatunku liczy się bardziej wrażenie, doznania, emocje, efekty! Cóż. W „Metrze” mamy wrażenie, że właśnie odkryliśmy, że jesteśmy jedyną owcą/kozą na muzułmańskim wieczorze kawalerskim. Tak, wiem, jestem niepoprawna. Efekty są bardziej efekciarskie, a jakby się tam bliżej przyjrzeć, to trącą tandetą i niskim budżetem. „Nagrajmy film w ciemnej dupie i będzie fajnie” – widać taką myślą przewodnią nie tylko nasi filmowcy się kierują. Muzyka – ooooo, tu dopiero takie wredne kreatury jak ja będą mogły sobie pofolgować. Połączenie „katastrofy” z dziką techniawą sprawiało, że miałam ochotę wstać i zacząć myć okna. Wszystko, tylko nie dalsze posiedzenie z tą produkcją. Wyobraźcie sobie, że jesteście zorani po całym dniu (ja nawet na „urlopie”). Układacie się najwygodniej jak się tylko da na wielkiej pufie. Ponad 20kg wilk leży na Was, ogrzewając swoją miłością i ciepełkiem. Mruczy sobie, śpi. W tle leci jakiś gniot, a Wy powoli odpływacie w krainę bez złych filmów. Już jest cudownie. Już Bruce Willis nachyla się do Was, by złożyć na Waszych ustach pocałunek, a tu nagle JEB JEB JEB UMC UMC JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB UMC UMC JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB UMC UMC JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB UMC UMC JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB UMC UMC JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB JEB UMC UMC JEB JEB JEB JEB JEB JEB! Nie da się powstrzymać frustracji i irytacji oglądając to dzieło. Nie da się po prostu.
„Metro” nie jest filmem katastroficznym. Dla takich dzieł prędzej czy później wymyślony będzie osobny gatunek – film efeberyczny na przykład.
ON:
Postanowiłem, że raz na jakiś czas oddam się kinu innemu niż amerykańskie. W taki oto sposób trafiłem na „Stalingrad”, który pomimo wielu śmiesznych scen i dziur w scenariuszu, wielkości tych jakie „Pieprzony Książe Ciemności” ma po koksie w swoim mózgu, okazał się naprawdę dobrze zrealizowanym kinem, na dodatek, to obraz, który pod względem efektów i scen batalistycznych wyprzedza naszą rodzimą kinematografię o jakieś 30 lat. Gdy nasi filmowcy nadal kują koło z kawałka skały, Rosjanie animują je komputerowo. Idąc dalej tropem kina rosyjskiego, trafiłem na „Metro”.
Niech Was nie myli tytuł, który może sugerować nawiązanie do powieści Glukhovsky’ego. Obie pozycje mają ze sobą tyle wspólnego, co ślepy z zawodami strzeleckimi. „Metro” jest filmem katastroficznym, wyreżyserowanym przez Megerdicheviewa. Od razu Was ostrzegam: nie dajcie się zwieść opiniom osób, które pod różnymi pseudonimami zachwalają w sieci tę produkcję. „Metro” jest dziełem słabym, głupim, pełnym schematów i klocków zupełnie do siebie nie pasujących. To nie kino katastroficzne, ale totalna katastrofa. Aby wytrzymać ponad dwugodzinny seans, przypalałem się niedopałkiem papierosa, w ten sposób skupiłem się na własnym bólu, a nie na sztucznej wydumanej historii. Gdybym tego nie zrobił, to możliwe, że dziś już by mnie nie było, bowiem myślałem nad wydłubaniem sobie oka.
Historia zaczyna się gdzieś w tunelach moskiewskiego metra, tam ciemnymi korytarzami pomyka sobie podstarzały konserwator. To typ faceta, który „wiśniówkę na kościach” przepija „Gorbaczówką”, a mniej rozbiegane oczka ma nawet Gollum, gdy widzi „swój skarb”. Tym raz jego przypominające rozgotowane jajka oczęta dostrzegają w tunelu wodę. To potencjalne zagrożenie dla kursujących pociągów. Starzec dzielnie zgłasza usterkę do kontrolerów, ale ci olewają jego osobę. Niedopatrzenie, brak reakcji i dochodzi do katastrofy.
Aby było bardziej dramatycznie w zalanych tunelach znajduje się masa ludzi, w tym dzieci, a znikąd nie nadchodzi żadna pomoc. Za wcześnie, bowiem to Rosja. Wpierw kilku grubych generałów i ministrów musi popierdolić o tym kogo pociągnąć do odpowiedzialności i jaką bajkę wymyślić dla mediów, a dopiero później zabierają się za przygotowanie sztabu kryzysowego. Wszystkie ryje jakieś takie czerwone, brak tylko wódki na stole, może ona by pomogła im wpaść na genialny pomysł, jak poradzić sobie z katastrofą. Bardziej ogarnięty jest lisek koło drogi, co nie ma ręki ani nogi. Ten wie przynajmniej czego chce i wódki nie pije, a jak pije to mniej niż panowie generałowie.
Scenarzyści zadbali, aby było dramatycznie. Wpierdolili do jednego zalanego wodą tunelu kilka osób, które muszą posiadać odpowiednio niskie IQ, aby kolejno stawać się ofiarami wody, prądu i własnej głupoty. Poza tym musi być wątek miłosny, albo lepiej nawet dwa, trzy też mogą być, a dlaczego nie. Przydałoby się jednak jakieś mocne charaktery. To może wsadzimy od wagonu bogatego biznesmena, który bzyka mężatkę oraz jej męża wraz z małą córką? Musi być też bardzo chora dziewczyna, a jej księciem w dresie będzie kolo, co go właśnie wywalili z uczelni. Teraz niech pojawi się czarny charakter. Nie można zapomnieć, że przyda się jakiś nieopierzony maszynista, który właśnie będzie miał pierwszy dzień swojej pracy. Najlepiej, aby ten koleś wyglądał jak skrzyżowanie gwiazdy rocka i aktora porno z filmów niskobudżetowych. Pamiętacie tego nskiego grubasa co grał w pornolach i umarł? Ten koleś wygląda tak samo, tyle, że ma z 50 kilo mniej i nie umiera w tym filmie. Wisienką na torcie będzie dociekliwy dziennikarz, który pojawia się we właściwym miejscu i czasie. Jezu, w tej całej menażerii brak lamy, misia pandy i lisa, co robi Ring-ding-ding. Na zakończenie wszystkich powinien uratować mutant rybo-ptako-kota, wtedy byłoby przynajmniej absurdalnie i śmiesznie, a tak to jest tylko żałośnie.
Muzyka, w „Metrze” to zupełnie inna historia. Skomponowana przez głuchoniemego kolesia, z zaburzeniami osobowości, idealnie pasuje na „Love Parade” lub inną techno imprezę. W chwili, gdy zrozpaczona odstawia psychodramę, z głośników leci sobie elektroniczna rąbanka, której nie poszczyciłby się nawet DJ Tiesto. Dać takie kompozycje do filmu katastroficznego, to tak, jak na pogrzeb wpierdolić się w stroju clowna i grać na kobzie piosenki z bajek Disneya.
„Metro” jest totalnym nieporozumieniem i nigdy nie powinien się pojawiać na wielkim ekranie. Bardzo żałuję, że producenci, reżyser i scenarzysta kiedykolwiek się spotkali i wpadli na pomysł stworzenia tego szkaradka. To upośledzone dziecko, które jest duże, głupie, brzydkie i na dodatek śmierdzi. Może w innym, alternatywnym świecie, podczas tego spotkania pojawiła się Godzilla i zżarła całą tą śmietankę, a „Metro” nigdy nie powstało. Jeśli tak było to naprawdę dziękuję Godzilli .
