Don Jon

ONA:

Byłam mniej więcej w połowie moich studiów, kiedy moja grupa miała wątpliwą przyjemność rozpocząć zajęcia ze zdaje się psychologii społecznej, które prowadził doktor R. Abstrahując od jego wątpliwej moralności – bycie wykładowcą na uczelni, gdzie 90% studentów to kobiety, jest trudne i pełne pokus, doktor R miał bardzo intrygującą zdolność do skłócania ze sobą wszystkich osób w mojej grupie. On zawsze stał z boku, licząc chyba na to, że skoczymy sobie nawzajem do pysków, a w powietrzu będą latać wyrwane włosy. Zwykle grupa była podzielona mniej więcej po połowie. Ale mieliśmy jedną, solidną dyskusję, która rozkład sił był 99% na 1%. To było piękne, czwartkowe popołudnie, kiedy to stwierdziłam, że pokolenie porno nie jest wcale takie złe. A doktor R po zajęciach zaprosił mnie na herbatkę i wpisał bdb do indeksu.

Mówiąc „pokolenie porno” nie do końca chodzi mi o ludzi, którzy uzależnieni są od materiałów XXX, ale o takich, którzy przekładają swój komfort, swoje szczęście nad wszystko inne. Żyją szybko, jedzą szybko, mechanicznie się pieprzą, do tego bez zerowych zobowiązań. Praca + zabawa + sen w dowolnych kombinacjach. Mało planów na przyszłość. Rodzina i dom pozostawione są w sferze „Eee, to nie dla mnie, to nuda”. Można o nich powiedzieć wszystko, że są obłudni, że żyją marzeniami, chwilą, że spalą się w końcu w pogoni za cholera wie czym. Ale jedno jest pewne – nie ściemniają. Nie mają czasu na to. Walą prosto z mostu, a jak słyszą „nie”, to zanim wyartykułujesz ostatnią głoskę, odwracają się na pięcie i działają dalej. Nie ma gier, podchodów – podejmuj decyzję tu i teraz. Dlaczego o tym piszę? Ano jestem po seansie filmu, który przypomniał mi tę sytuację ze studiów, kiedy to usilnie próbowałam wyjaśnić moim koleżankom, że  „porno” styl życia nie jest wcale taki zły, a ja mając do wyboru szczerość i obłudę, która przecież idealnie wpasowuje się w kanon „żyli długo i szczęśliwie”, biorę to pierwsze. Jon (Joseph Gordon-Levitt), główny bohater filmu „Don Jon” to trochę taki koleś. Jego życie to dupeczki na jedną i zabawa, kumple i siłownia. Trochę czasu spędza z rodzicami, ale podczas obiadów większość czasu kłóci się z nimi. Pracuje w „usługach”, a swoją wątpliwą moralność pierze w kościele, gdzie podczas cotygodniowych spowiedzi rozlicza się z księdzem: ile razy bzykał, ile zabawiał się sam – to tyle, poproszę o pokutę. Aaa, no właśnie. Nasz drogi Jon lubi porno. Ba! Woli dupeczki na ekranie swojego komputera bardziej niż takie prawdziwe, chociaż nie ma zupełnie problemu, by jakąś świeżo poznaną łanię przyprowadzić na swoją polankę. Aż do pewnego momentu, kiedy w klubie poznaje apetyczną jak sam skurwysyn Barbarę (Scarlett Johansson – a jakże). W skali od 1 do 10 – ma maksa. Piękne ciało, piękna twarz, ale przecież nie może być zbyt łatwo. Niestety, charakter i oczekiwania Jona są zgoła inne niż Barbary. On lubi porno – ona komedie romantyczne. On ceni niezależność i swobodę – ona chce poznać jego rodzinę i znajomych. On jest szczery – ona lubi żył w ułudzie. On poukładał swoje życie według i pod siebie – ona chce wszystko to wypierdzielić do góry nogami i stworzyć Jona na nowo: ze sprzątaczką, szkołą, lepszą pracą. Początkowo jest słodko, no do porzygania. Oglądając film kłócimy się z monitorem wrzeszcząc „Co za cipa z niej!” na zmianę z „Co za cipa z niego!!!”. I wtedy dochodzi do zderzenia. Czy Jon będzie w stanie udawać dłużej? Czy Barbara go zmieni, kastrując jego charakter? I co z tym wszystkim ma wspólnego starsza, rudowłosa Esther (Julianne Moore)?

„Don Jon” to obyczaj, którego ogląda się nieco refleksyjnie, nie mylić z „refluksyjnie”. To film o moralności pod wieloma względami, który, jakby na to nie patrzeć, w nieco groteskowy i wyhiperbolizowany sposób mówi o życiu, o ludziach, o związkach i relacjach. Puenta wychyla się już mniej więcej w połowie: ile jesteśmy w stanie porzucić z samego siebie tylko po to, by sprawić zadowolenie, by usatysfakcjonować inną osobę? By wpisać się w konwenanse, oczekiwania i całą resztę bullshitu społecznego? Ja już dawno temu pokazałam fuckera wymaganiom, jakie „narzucono” mi przez „związek” z płcią, wyznaniem, narodowością i zawodem, czego serdecznie życzę Wam wszystkim.

A „Don Jon” to całkiem przyjemna pozycja na wieczór. Z pewnością można powiedzieć, że Gordon-Levitt daje radę i przed kamerą, i jak najbardziej za.

ON:

Eh… ile to razy pisałem o tym, jak dystrybutorzy dymają widzów pięknymi, przekłamanymi plakatami oraz opisami, które mają się nijak do prawdziwej zawartości oglądanego dzieła? Podobnie jest w przypadku filmu „Don Jon”. Na afiszu znajdują się takie slogany jak: przebojowy, zabawny, boski i kilka innych, jakie podobno padły w amerykańskiej prasie. Jeśli rozpatrzymy ten film jako dramat obyczajowy, to hasła te pasują całkiem dobrze, jeśli zaś jest to „przebojowa komedia”, jak zapewnia nas Best Film, to mamy do czynienia z ogromnym przekłamaniem.

„Don Jon” to dramat lub kino obyczajowe, opowiadające o singlach, o uzależnieniu od seksu i o bardzo ciężkich relacjach międzyludzkich. To także opowieść o zakłamaniu i obłudzie, której nie brak w codziennych kontaktach. Niestety, wszystko podano w formie, jaka zupełnie mi nie leży. Nie mogę tego łyknąć i ciąży mi ta opowieść na żołądku, tak jak łupka z wczorajszego pomidora. Możliwe, że spowodowane jest to brakiem możliwości utożsamienia się z głównym bohaterem. Nie mam włoskich korzeni, nie jestem singlem, marszczącym freda kilkanaście razy dziennie i nie bawię się kobietami. Poza tym nie chodzę do kościoła co niedzielę, aby tylko wyspowiadać się z grzechów, jakie i tak zaraz popełnię. Smutna rzeczywistość pokazana przez Josepha Gordona-Levitta nie śmieszy, ale także nie smuci, ona po prostu jest.

Tytułowy Don Jon to koleś, dla którego porhub to miejsce święte, potrafi godzinami wyszukiwać idealnego filmu, będące tłem do marszczenia pingwina. Wieczorami spotyka się z kumplami i albo ogląda mecze, albo leci na podryw do dyskoteki. W świątyni rozpusty wyrywa jakąś 7-kę lub 8-kę, a później jadą do niego i bzykają się do rana. Pewnego dnia los chce tak, że trafia na 10-tkę, ale wspomniana dziewczyna jest nieugięta i nie ma zamiaru oddać swojej szparki na pierwszej randce. Ta sytuacja jest dla faceta zupełnie nowa i postanawia spotkać się z panienką po raz kolejny, ale tym razem to będzie obiad, później kino, aż okazuje się, że zaczynają być w związku. Okazuje się jednak, że ukochana jest nieźle pierdolnięta, a oglądanie pornoli przez Jona jest niewielkim występkiem, w porównaniu do jej samolubnych zachowań i zachcianek. Oczywiście, ten związek nie będzie się cieszył długim, szczęśliwym życiem.

Można powiedzieć, że „Don Jon” jest debiutem Gordona-Levitta, bowiem wcześniej na jego koncie pojawił się tylko jeden krótkometrażowy obraz. Jako scenarzysta i reżyser rzuca się na głęboką wodę, ale pomimo doświadczenia aktorskiego, nie ma tu zbyt wiele finezji. Do mnie to dzieło zupełnie nie trafiło, takie nijakie paplanie o kontaktach międzyludzkich.

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad