ONA:

„Babcia Gandzia” to film nie tylko o zaradnej staruszce, która zrobiła karierę w handlu narkotykowym. To również dzieło o przedsiębiorczości, której tak bardzo nam brakuje, a także o starości, która wcale nie musi oznaczać dogorywania z maleńką rentą, w oczekiwaniu na śmierć. Francuska komedia okazała się rewelacyjnym środkiem rozchmurzającym, podobnież zresztą jak zieloni „bohaterowie” tego dzieła. 

Paulette jest już w „pewnym” wieku. Na moje oko oscyluje pomiędzy 60 a 70 rokiem życia. Niegdyś, wraz z mężem, zajmowała się restauracją, ale po jego śmierci i biznes upadł. Teraz żyje z nędzną emeryturą, brakuje jej na wszystko i ma długi. Stała się zrzędliwym i paskudnym babonem, który nie ma kontaktu z nikim, włączając w to najbliższych i którego tolerują tylko koleżanki od kart. Pewnego dnia babcię olśniło. Połączyła kropki, powiązała fakty, dodała do tego trochę odwagi i tadam – nagle odkryła w sobie żyłkę do handlu i to nie byle czym, bo miękkimi dragami. Och, oczywiście, zapomniałam – jako pedagog nie powinnam rozdzielać narkotyków na twarde i miękkie, bo to przecież zło największe, ale zaryzykuję. Paulette postanowiła sprzedawać hasz, trawsko i co ino. Jest cwana i kuta na cztery kopyta – zauważa lukę w „branży” i po mistrzowsku ją wypełnia. No i kto mógłby podejrzewać, że ta stara starowinka z chustką na głowie, ma torbę wypełnioną kilogramami haszu?! Paulette zaczyna robić karierę, a hasło „Babcia Gandzia” oznacza towar z najwyższej półki. Im wyżej znajduje się w hierarchii, tym większe kłopoty na nią czekają – wiadomo. Ale na końcu trafia do krainy wiecznego (i legalnego) ćpania, więc jest pozytywnie.

Jest lekko, śmiesznie i przyjemnie. Jest też cierpko i sarkastycznie. Dowcip, jakim rzuca główna bohaterka, jest taki, jaki spodziewamy się po stetryczałej babulince. Z każdą kolejną sceną, nasza opryskliwa i wiecznie wkurzona Paulette zmienia się w nieco pogodniejszą starszą panią, która na stare lata odkrywa mnóstwo przyjemności, jakie może (jeszcze) czerpać z życia. Jest też trochę gorzko, bowiem film mimochodem przekazuje nam inne, ważne życiowe problemy, takie jak samotność, bieda i odrzucenie. Trochę gloryfikuje kwestię dragów, ale miejmy swój rozsądek.

Miłe oglądajło, które trochę przypomina mi „Joint Venture” z 2000 roku. A ja, jako, że od dłuższego czasu należę do Koła Gospodyń Wiejskich w mojej wsi, podrzucę zarządowi pomysł na polepszenie budżetu za pomocą tego, co robią najlepiej.

ON:

Francuskie komedie są albo fenomenalne, albo mało śmieszne. Nie ma tutaj pośrednich produkcji. Pamiętam, jak na „Nietykalnych” płakałem ze śmiechu, zanosiłem się do łez, a później podczas seansu „Niewiernych” miałem ochotę wyłączyć tę szmirę. Tym bardziej przed seansem „Paulette” zastanawiałem się na jakie kino trafimy. Niestety, nie jest to poziom, który przyszło nam widzieć w dziele panów Nakache i Toledano, bowiem oba filmy dzieli ogromna przepaść i obawiam się, że długo jeszcze będziemy czekać komedię francuską z górnej półki.

„Paulette”, u nas w Polsce nazwana „Babcią Gandzią”, to samotna starowinka, mieszkająca gdzieś na francuskim blokowisku. Wredny babon, skłócony ze wszystkimi, nienawidzący wszystkich i mający za nic ogólnospołecznie przestrzegane zasady. Po śmierci męża straciła restaurację, którą razem prowadzili, sama musi utrzymać się za 600 euro miesięcznie, co nie idzie jej najlepiej, dodatkowo jej córka wyszła za czarnoskórego policjanta, co było kroplą przelewającą czarę goryczy. Wnuczek, czekoladowy jak batoniki Mars, nie jest kochanym przez babcię dzieciakiem. Opiekuje się nim tylko z dobroci serca, a i to tylko wtedy, gdy jej córka na siłę wepchnie go do jej mieszkania.

Paulette ma 3 przyjaciółki, kobiety od brydża, z którymi spotyka się raz na jakiś czas, to chyba jedyne bliskie jej osoby, a one przymykają oko na jej dziwactwa i złośliwości. One komentują rzeczywistość, podpuszczają koleżankę na nachodzącego ją sąsiada. Koleś z wąsikiem, mieszkający naprzeciwko jej mieszkania, smali do niej cholewki od dłuższego czasu, ale Paulette odrzuca wszelkie zaloty.

Dnia pewnego do jej domu puka komornik, facet zabiera wszystko co można, bowiem starowinka od dawna nie płaciła rachunków. Gdy pozostaje bez środków do życia, w jej głowie zaczyna świtać pewien pomysł. Widząc (od męża żony), że na osiedlu gdzieś czai się lokalny mafiozo i handlarz narkotykami, postanawia iść do niego i poprosić o pracę. Tak namawiała, namawiała i namówiła bossa, aby dał jej szansę. Pierwszy kawałek haszu i 10% stawka od sprzedaży to coś, co udało się jej ugrać. Okazuje się, że staruszki mają lepszą smykałkę do interesów, niż niejeden młody dealer.

Komedii jest mało w tej obyczajowej opowieści, która skupia się na kilku problemach trawiących współczesną Francję, ale nie oznacza to, że się czasem nie zaśmiejemy pod nosem. Jakby nie patrzeć to film o problemach emerytów, rozprzestrzeniającej się na wielkich blokowiskach narkomanii, spowodowanej napływem ludności zagranicznej itd. Pomimo tego wszystkiego „Paulette” to dziełko bardzo naiwne i nie oczekujcie po nim wiele.