Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Penguins of Madagascar

ONA:

Po trzech dniach wypełnionych herbatkami, tabletkami, syropkami, po których mieliśmy całkiem niezłe haluny, po zużyciu około tysiąca chusteczek i kilku litrów kropli do nosa, stwierdziliśmy, że czas wygrzebać się spod koca. Jesteśmy młodzi, świat na nas czeka. Ja z radością nałożyłam na twarz jakiś makijaż, coby zakryć zieleń i bladość, Dejw z kolei porzucił naciągnięty dres i wskoczył w swoją kurtkę od popularnej projektantki, którą przywiózł sobie z NYC. Oczywiście ja po drodze jeszcze ze 3 razy się wahałam, czy na 100% chce mi się opuszczać mój wyleżany grajdziołek, ale potem okazało się, że w lodówce światło i słoik musztardy został, więc i tak mnie czekała wyprawa. Więc zakupy i kino… Kino w niedzielne południe wydawać by mogło się świetnym pomysłem. Większość ludzi powinna delektować się smakiem obiadu, ew. buszować po sklepach, tudzież na innych nartach. Tylko jeden film grali w kinie, które mamy najbliżej i były to „Pingwiny z Madagaskaru”. Właściwie czemu nie! Przecież o tej porze nikogo nie będzie!

Szkoda tylko, że z tego samego założenia wyszła chyba każda wielodzietna rodzina z najbliższych 30 km. Ale na szczęście usiedliśmy w takim miejscu i z takimi minami, że nikt nie odważył się podejść bliżej. I po chyba 30 minutach reklam, wreszcie zaczął się upragniony film!

Mogłabym zacząć słowami „Dawno, dawno temu”, ale to wcale nie było tak dawno. Ot cofamy się jedynie o dekadę. Trójka małych pingwinków dreptała sobie razem ze swoim stadem i wtedy pojawiło się jajo. Maluchy, pod dowództwem już wtedy szalenie charyzmatycznego Skippera, postanowiły zająć się jajem, ale niestety, oddalili się od stada. Od tej chwili mogli liczyć wyłącznie na siebie. Ta „rodzina” jest dość specyficzna. Dowodzi zawsze Skipper. Kowalski jest od myślenia, Rico od rozpierduchy, ale jest jeszcze ktoś. Ktoś, kto schowany był w jajku. Najbardziej uroczy i pierdołowaty pingwin świata – najsłodszy Szeregowy! I tak panowie razem sobie człapią. Karierę zaczęli robić dość wcześnie, gdy tylko zawitali do nowojorskiego zoo, ale im w głowie nie było machanie płetwami i robienie durnych min. Im marzyła się akcja! I tak się składa, że będą mieli oni okazję pochwalić się swoimi umiejętnościami, bo pingwinom zagraża ogromne niebezpieczeństwo. I to nie tylko tym naszym czterem czarno-białym stworkom, tylko WSZYSTKIM!

Ajjj, wybitnie dobrze oglądało się tę bajkę. Co prawda towarzyszące nam hordy dzieci śmiały się w zupełnie innych miejscach niż my, ale co tam. Ja rżałam i kwiczałam. Pingwiny są rewelacyjne, humor jest przedni i bardzo spasuje dorosłym widzom. Historia jest przejmująca, bardzo dynamiczna i nawet wzruszająca. Poza tym, każdy z pingwinków reprezentuje taki zestaw cech, który pasuje do jakiegoś znajomego. W naszym przypadku ja jestem Skipperem, a Dejw – Szeregowym, chociaż on się do tego nie przyzna.

ON:

Wiele osób powie, że w animacji „Madagaskar” najlepsze są pingwiny. Trudno się z tym nie zgodzić, ponieważ nieloty te potrafią rzucić na kolana swoją beztroską, zaradnością i umiejętnościami, o których marzyłby niejeden James Bond. No i stało się – pingwiny doczekały się własnej pełnomtrażówki, która na dodatek w bardzo fajny sposób powiązana jest z zakończeniem trzeciej części „Madagaskaru”. Po dzisiejszym seansie mogę stwierdzić jedno: ktoś, kto wpadł na wymyślenie tych postaci, jest geniuszem. Zacznijmy jednak od początku.

Bo na początku było jajko. Tak! Jajko, z powodu którego Skipper, Kowalski i Rico stają się jedyną rodziną Szeregowego. Czwórka ta od najmłodszych lat żyje razem, a ich pokrętny tok myślenia, wyjątkowa pomysłowość, gadżety powodują, iż należy ich zaliczyć do najinteligentniejszych stworzeń na ziemi. Mijają lata, pingwiny lądują wraz z ekipą w kolejnych zoo, a później w cyrku. O historiach tych przeczytacie w naszych poprzednich recenzjach. Ważne jest to, że dziś jest dzień urodzin Szeregowego. Z racji tego wyjątkowego święta, pingwiny zrywają się z cyrkowej imprezki i zmierzają do budynku, w składowane są rezerwy złota USA. Bez problemu radzą sobie z zabezpieczeniami i kierują swoje kroki nie do skarbca, ale do stołówki, w której znajduje się jeden z ostatnich automatów do zakąsek. Ten cały wypełniony jest serowymi chrupkami. Ostatnie paczki starej, przepełnionej chemią chrupkości. W czasie, gdy ekipa debatuje, coś wciąga Szeregowego do maszyny, później to samo dzieje się z resztą zespołu. Następnie automat dostaje nóg – dosłownie, a pingwiny lądują na dziwacznej łodzi podwodnej. Nadszedł czas na to byśmy poznali największego złoczyńcę tejże opowieści. Jest nim ośmiornica o imieniu Dave.

Ośmiornica poza tym, że jest fioletowa i ma krzywe zęby, ma pewien plan. Chce zemsty na pingwinach. Za co? Za to, że wszyscy je lubią, że są takie słodkie. Dave stworzył więc serum, które zaaplikuje pingwinom i stworzy z nich potwory. Pingwini oddział do zadań specjalnych po raz kolejny staje przed ciężkim zadaniem. Najpierw jednak trzeba uciekać z okrętu, bo nigdy nie wiadomo, co ośmiornicy do odnóży strzeli. Podczas pogoni po weneckich kanałach dochodzi do spotkania pingwinów z jeszcze jednym graczem, a mianowicie grupą NW, czyli „Północny Wiatr”. To zwierzaki zamieszkujące rejony polarne, zwierzaki, które mają zaawansowaną technologię i walczą o wyzwolenie innych zwierzątek z opresji. Zabrane do tajnej bazy pingwiny dają im jednak ostro popalić. W obu grupach widać chęć przywództwa i naprawdę ciężko dojść wszystkim do porozumienia. W bazie kłótnia, a szalony Dave porywa kolejne okazy, by zrobić z nich potworki. Co będzie dalej?

Muszę przyznać, że pingwiny są fenomenalne. Wchodzisz do kina, siadasz na fotel i zupełnie wyłączasz głowę. Liczy się tylko dobra zabawa. Ilość dowcipów słownych i gagów sytuacyjnych jest niesamowita. Dodatkowy plus to polski dubbing, który zrobiony jest na najwyższym poziomie. Dialogi są naprawdę mistrzowskie i pozwalają się śmiać dorosłym, którzy to z brzdącami lądują na takich seansach. Jeśli macie małego dzieciaka weźcie go do kina, a sami też nie pożałujecie.