Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner FILMY RECENZJA

Światło między oceanami – recenzja

Światło między oceanami - recenzja

Romanse, melodramaty, komedie romantyczne… 3x nie. Ale czasami mi coś odbije i biorę się za jakieś takie „dzieło” i za każdym razem obiecuję sobie, że to ostatni raz. Bo to tak samo jak z horrorami – wszyscy boją się w tym samym momencie. Na romansidłach wszyscy beczą w tym samym momencie. Kiedy pochwaliłam się znajomym, że biorę się za „Światło między oceanami”, to wszystkie jednogłośnie stwierdziły, że to przepiękny melodramat, że łzy, że och i ach.

Światło między oceanami – recenzja

Ja tam nie płakałam.
Szczerze powiedziawszy – obejrzałam to dzieło z grymasem na twarzy.

Film ten miał być piękną ekranizacją powieści M. L. Stedman. Książki jeszcze nie czytałam, chociaż mam w planie. Może ona będzie nieco lepsza? Plus to miało być także wspaniałe „świadectwo” miłości Fassbendera i Vikander. Tymczasem on tu jest rozemocjonowany, a ona z uporem maniaka pokazuje wszystko to, czego jeszcze nie umie. Zanim jeszcze ta produkcja ruszyła po kinach, już wszyscy wiedzieli, że będzie totalny sukces. Jak dla mnie – jest nudno, słabo, drętwo. Miało być sporo uczuć, dramatyzmu, tymczasem wyszła trochę taka rozemocjonowana telenowela, z rozkapryszoną Vikander i Fassbenderem, który nie umiał się jej postawić.

Jednak jest jedna rzecz, której nie można odmówić tej pozycji. To taka etiuda na temat… etyki i wyrzutów sumienia.

Tom Sherbourne (M. Fassbender) to ex wojskowy, który decyduje się zostać latarnikiem na bezludnej wyspie. Damn, praca idealna dla mnie! Lubię wodę, lubię naturę, nie lubię ludzi. Wkrótce zaczyna towarzyszyć mu jego ukochana Isabel (A. Vikander). Małżonkowie spodziewają się dziecka, które umiera. Isabel zachodzi w kolejną ciążę, która także kończy się tragicznie. I wtedy przy brzegu pojawia się niewielka łódka. W środku mężczyzna i niemowlę. On nie żyje. Co więc robią nasi bohaterowie?

Rodzina Toma to już trzy osoby. Ciało mężczyzny znalazło się głęboko pod ziemią. Dwa krzyże, które upamiętniały ich dzieci zniknęły, bo w momencie, w którym zdecydowali się przygarnąć małą dziewczynkę z łódki, wszystko stało się grą pozorów. Na pozór… Na pozór on był szczęśliwy, bo tak naprawdę ta tajemnica go ugniatała przez kilka lat. Na pozór rodzina była prawdziwa. Ktoś doszukiwał się podobieństwa, wszyscy się cieszyli, że jest wreszcie dziecko. Tom i jego wyrzuty sumienia stanęły wkrótce twarzą w twarz z kobietą, która jakiś czas wcześniej straciła męża i córkę.

Podobno widzowie (i czytelnicy) tego dzieła dzielą się na dwie grupy: ta, która przeżywa na bieżąco oraz ta, która chce poznać finał. Ja w pewnym momencie byłam dość mocno wkręcona w historię, ale sposób, w jaki mi ją podano, dość szybko przeprowadził mnie do grupy drugiej. Ja po prostu nie umiałam się doczekać, by wreszcie film się skończył.

Produkcja nie zrobiła na mnie kompletnie wrażenia. Tu wszystkiego było za dużo. Film, który z góry oznaczony był jako pełny sukces, na mnie kompletnie nie zrobił wrażenia. Z wszystkich bohaterów w głowie najdłużej siedziała mi Hannah Roennfeldt, którą grała Rachel Weisz. To właśnie ta kobieta, która straciła córkę i męża. Tu był dramatyzm.

P. S. Jakby ktoś słyszał o jakieś wolnej posadzie latarnika, to dajcie znać.

Tagi: Światło między oceanami – recenzja, filmy, recenzja, marudzenie, blog popkulturowy