ON:

Stało się: znalazłem pierwszy, najgorszy film polski w tym roku. Jest nim „Ostra randka” w reżyserii Macieja Odolińskiego. Zaliczam tego koszmarka do serii filmów nieudanych, kupowatych i niezjadliwych. Nie można ich zaklasyfikować, do żadnego innego gatunku, ponieważ są karykaturalnymi gniotami, które wybijają się każdego szablony i schematu. W tym pudełku znajduje się „Kac Wawa”, „Wojna Polsko-Ruska” i kilka innych.

Co jest takiego złego w tym thrillerodramacie? Jak odpowiem, że wszystko, to nie skłamię. Zacznijmy od tego, że mamy kolesia, który porywa ludzi, a opłaceni lekarze wycinają im organy, które on później sprzedaje dalej. No temat może być całkiem chwytliwy w kinie, tyle, że polska kinematografia nadal jest na poziomie Muminków i raczej nie jest wskazane byśmy bawili się w dorosłe filmy. Udaje się to co prawda Smarzowskiemu, ale i tak nie za każdym razem. Wracając do Pana bandziora, granego przez Wilczaka – widocznie musi cierpieć na brak kasy, jeśli gra w takim gniocie. Ja rozumiem, że polski artysta nie zarabia tyle co zachodni, czy też amerykański kumpel, ale kurwa – ludzie trzeba się trochę szanować! Jak już być dziwką, to ekskluzywną!

Wilczakowi się posypał plan. Poprzedni dawca, a dokładniej dawczyni, odłożyła łychę i trzeba na szybko szukać nowej nerki, bo gdzieś tam w Berlinie czeka śniadolicy kolo, który chce organy. Na szczęście pod rękę podsuwa się młoda Małgosia. Wystawiona przez swojego faceta – buca, młoda studentka medycyny wpada w łapy łowcy narządów. Teraz zaczyna się jej dramat, bowiem pocięta leży w pokoju hotelowym, krew wsiąka w łóżko, rana jest głęboka, a lekarz, który miał wycinać, spierdzielił robotę. Kolejne sceny są coraz głupsze i bardziej absurdalne, a my patrzymy na ekran z niedowierzaniem.

Sylwia Boroń, wcielająca się w Małgosię, to jakieś aktorskie nieporozumienie. Jej przejmujący płacz, przejmujące gesty, przejmujące próby walki o życie są po prostu niepoważne. Poziom gry przypomina tarzającą się we własnej kupie świnie, ba – świnia potrafi być zabawniejsza.

Właściwie tak mogę o każdym aktorze grającym w tym „CZYMŚ”. Nie wiem jakie było zamierzenie Odolińskiego, ale wyszło mu naprawdę bardzo źle. Osiem nominacji do „Złotego Węża” (taka polska „Złota malina”) może mówić same za siebie. „Ostra randka” jest tragicznym nieporozumieniem, na które szkoda czasu i pieniędzy. Unikajcie jak cyganki pod Centralnym.

ONA:

Myślę sobie, że chyba najwyższy czas zacząć żyć po bożemu, moralnie, jak nakazują różnego rodzaju książki sci-fi, bo obawiam się, że w piekle będą puszczać „Ostrą randkę 3D” – najgorszy, najbardziej beznadziejny film, jaki kiedykolwiek widziałam. Oczywiście, jak łatwo się domyślić – to polska produkcja.

Maciej Odoliński, reżyser i scenarzysta tego GÓWNA zaserwował nam 92 minuty „filmu”, który powinien być puszczany w więzieniach dla największych skurwieli. Moje podejście do kinematografii zostało totalnie wywrócone, ponieważ jeśli jest film, którego ja uważam za słaby, to po obejrzeniu „Ostrej randki 3D” zyskuje on momentalnie w moich oczach. Parafrazując słowa kapitana Wagnera z „C.K. Dezerterów”: „Nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić tę nędzną szmirę”, a pan Odoliński „nie nadaje się nawet do sądu dla ludożerców”. Nie jestem w stanie wystarczająco dobitnie napisać jak tragiczny obraz widziałam. Po prostu nie jestem. Nawet wulgaryzmy nie pomogłyby. Ta produkcja jest jak najgorszy rak, najbardziej złośliwy, najboleśniejszy, który ze zdrowego organizmu wysysa całą życiodajną siłę. Każda osoba, która w jakikolwiek sposób przyłożyła się do powstania „Ostrej randki 3D” powinna zostać zesłana do obozu pracy w Korei Północnej, by tam odpokutować winy za to, że kilka osób musiało ich twór obejrzeć. Bez wyjątku – każda. Nawet woźny i sprzątaczka.

Fabuła jest z dupy, ale może uda mi się ją jakoś nakreślić. Mamy dwa wątki, które oczywiście muszą się połączyć. Pierwsza historia to handel organami. Siatką przestępczą dowodzi Mariusz Kurski (Paweł Wilczak, któremu chyba się kasa skończyła po „Kasi i Tomku”) i idzie mu to całkiem nieźle. Ma swoje procedury, a jego „pomysł na biznes” jest na tyle „innowacyjny”, że nie zdziwiłabym się, gdyby na jego „finansowanie” dostał dotację z UE. Póki co – znalazł sobie rynek za zachodnia granicą. Druga historia kręci się wokół słodziutkiej i uroczej Małgosi (Sylwia Boroń), która do dużego miasta przyjechała na studia. Mieszka sobie z koleżankami, bierze prysznic w pełnym makijażu, ma chłopaka, który nie pamięta o ich rocznicy i babcię, którą niebawem pozna. Bardzo ważne jest to, że młoda ma zamiar zostać lekarzem – właśnie dostała się na studia. A może jest już po pierwszym roku? Nie wiem, mój umysł nie był w stanie tego wszystkiego wyłapać. I pewnego wieczoru drogi Mariusza i Małgosi się przecinają. On ma „fanty” do załatwienia, a ona spędza wieczór w tym samym klubie ze znajomymi. Średnio się jej podoba… Zaczepiona przez Kurskiego wdaje się z nim w błahy small talk, a gdy tylko odwraca wzrok – on wrzuca jej do wina tabletkę. Drogie dzieci – jakbyście miały kiedykolwiek problem z podrywem, to są dwie skuteczne drogi: chloroform albo GHB. Gośka budzi się w pokoju. Jakiś koleś ją „oporządza”, przy czym proszę sobie tu nie wiadomo czego nie wyobrażać. Wszędzie jest pełno krwi, która przypomina wylaną madżentę, a odpowiednio częsta ilość zbliżeń na majtki dziewczyny może psuć nieco głowę, bo to trochę wygląda jak „mój pierwszy gwałt podczas pierwszej miesiączki”. W każdym razie, kończąc temat majtek i sztucznej krwi, potem zaczyna się dziać. Dziewczyna zauważa ogromne nacięcie na swoim ciele, a my już wiemy o co chodzi – wycięli jej właśnie nerkę! Zanim się dobrze nie skupimy, padają pierwsze trupy, a ona – po tym jak jeden z oprawców kończy żywot za pomocą metalowego elementu łóżka, a za pomocą zszywacza „zszywa” sobie nacięcie – ucieka. Zbieg okoliczności jest oczywiście tak szokujący i oczywisty, że film się kończy ot tak, dobo wygrywa, zło przegrywa, a przy łóżku dziewczyny, której koniec końców nic nie wycięto (*mózg rozjebany*) czuwa babcia. That’s all folks!

Zacznę od banałów: w tym filmie żadna aktorzyna nie gra porządnie, nawet Wilczak. Główna bohaterka jest NAJBARDZIEJ irytującą postacią filmową, jaką kiedykolwiek widziałam. Jej kwestie to sztuczne jęki – tak sztuczne, że nawet przy hardcore triple penetration brzmią bardziej autentycznie. Pani Boroń nie ze swoimi umiejętnościami nie nadaje się nawet do grania w „Klanie”. Jest nędzna, jest słaba, a jedyne uczucia, które wywołuje, to irytacja. Zresztą – każdy „aktor”, próbujący zmierzyć się ze swoją postacią, wypada żałośnie. Ale spokoooojnie – idźmy dalej! Fabuła! Matko Boska w swoim dziewictwie wiecznie cierpiąca – to w ogóle miało jakąś fabułę? Tak połatanego głupotami scenariusza nie widziałam nigdy. Nagle laska, która jeszcze chwilę temu nie potrafiła się poruszyć, z impetem wali kolesia lampą w głowę, koleś oczywiście jak gdyby nigdy nic wstaje, zbliża się do niej, chce zaatakować i… pada! Potem przebudza się i w szamotaninie w skroń wbija sobie jakąś metalową część łóżka. Albo nagle wypada komuś telefon, z którego bohaterka dzwoni po pomoc. A, oczywiście nie umie dodzwonić się na policję, więc dzwoni do swojego chłopaka. Ale z tych wszystkich najbardziej z dupy kreacji, nic nie pobije dup na recepcji w hotelu. O czym mam jeszcze napisać? O tragicznych efektach i udźwiękowieniu? O słabej scenografii i muzyce? Czy może o tym, że osoby, które obejrzały „dzieło” Odolińskiego powinny złożyć pozew zbiorowy za nieodwracalny ubytek na zdrowiu psychicznym i szkody moralne?

Omijać dalekim łukiem. Nie oglądać nawet z ciekawości. Wszelkie znane do tej pory używki nie są w stanie wesprzeć oglądania tego czegoś.

Poważnie. Nie oglądajcie.