Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY RECENZJA

Bad Country

ON:

„Bad country” to typowo męskie kino – brudne i brutalne. Ma swoje tempo, swój klimat i przewidywalne rozwiązanie, ale dwóm kumplom, którzy siądą sobie do niego z flaszką, będzie się go idealnie oglądać „w tle”.

To historia, która ponoć wydarzyła się naprawdę. Można powiedzieć, że mamy do czynienia ze standardową rozgrywką pomiędzy przestępcą – Jesse Weilandem i policjantem – Budem Carterem. Nim jeszcze drogi tej dwójki się zejdą, musi wydarzyć się seria innych zdarzeń, która doprowadzi ich do siebie.

Bud to typowy glina twardziel, lata w zawodzie, często praca pod przykrywką. Po jego zoranej twarzy widać, że wiele za nim. Nie tylko robota go zarzyna, jego prywatne życie także nie układa się tak, jak powinno. Za cel postawił sobie rozpracowanie lokalnego gangu, kierowanego przez bogatego „biznesmena”. Oczywiście na początku nie wiadomo, kto stoi za kolejnymi morderstwami i włamaniami, dopiero dorwanie płotek pozwoliło na zabranie się za grube ryby. Okazuje się, że Jessie, mający być tym „kimś”, także jest leszczem, tyle, że facet ma po co żyć. Właśnie rodzi mu się dziecko i koleś postanawia zerwać z całym dotychczasowym życiem. Na jego drodze staje Bud. Z jednej strony wsadza go do paki, a z drugiej – składa mu propozycję nie do odrzucenia. Na pewno wiecie jaką. Tak zaczyna się współpraca, która ma na celu dobrać się do tyłka tym naprawdę groźnym bandziorom.

Jak wspominałem, to nie jest zły film. Narracja czasem kuleje i zdarzają się tutaj dłużyzny, ale pomimo tego coś mi się w nim podobało. Może Willem Dafoe idealnie pasujący do roli policjanta? Może wąsy, które mają obaj główni bohaterowie? Możliwe, że to specyficzny urok, tej historii. Po prostu nie wiem co to, ale naprawdę nie mam nic do zarzucenia tej produkcji. Po prostu twarde, brudne, męskie kino.

ONA:

Chris Binker wyreżyserował ten film i… zmarł.

Właściwie co o „Krainie złoczyńców” można powiedzieć? Niby sensacja, niby z całkiem niezłą fabułą i obsadą, niby nie jest źle, ale dobrze – wcale. Dobry glina, zły glina. Dobry przestępca, zły przestępca. Detektyw Bud Carter (Willem Dafoe) skutecznie rozwiązał pewną sprawę. Zawodowy zabójca – Jesse Weiland (Matt Dillon) idzie siedzieć. Carter wie, jak cennym więźniem jest Weiland, dlatego usiłuje namówić go na współpracę. Oferując zniesienie mu dożywocia i danie szansy na normalne życie, Bud przekonuje zabójcę. Ich wspólnym celem jest rozbicie potężnej organizacji przestępczej, którą dowodzi Berenger. Decydując się na taki krok, sami stają się celem siatki i żeby przeżyć – muszą działać razem.

Cóż. To jeden z tych filmów, który się po prostu ogląda. Bez zbędnego zaangażowania, ale i bez przysypiania. Co jakiś czas jest jakaś akcja, coś się dzieje, jednak do urywającej głowy fabuły mamy daleko. O ile poziom aktorski jest całkiem niezły, tak technicznie – słabo. Słabe prowadzenie kamery, zerowy poziom efektów i tragiczne nagłośnienie sprawiło, że ja ten film upchnę gdzieś do kategorii „Obejrzałam raz, więcej nie zamierzam”.  To jest chyba najgorszy gatunek, bo jeśli coś jest z góry dobre, albo z góry złe – to trzeba utwierdzić się w przekonaniu, że tak faktyczne jest. „Kraina złoczyńców” to film, którego nie dość, że nigdy nikomu nie polecę, nawet jako „szmirę”, którą nie jest, to jeszcze mam nadzieję – szybko o nim zapomnę. Jest zrobiony na odpierdziel i za każdym razem, gdy widzę tego typu produkcje, zastanawiam się, czy nie powstał tylko i wyłącznie po to, żeby wyprać jakąś lewą kasę.

Ale żeby nie tracić cennego miejsca, napiszę Wam jak zaskakuje nas każdego dnia Bowie – najlepszy pies na świecie. Pomijając fakt, że do perfekcji opanowała wskakiwanie na WSZYSTKO, a wizja sprzed kilku miesięcy, że pies w łóżku spać nie będzie poszła już dawno temu się walić, to ostatnio kilka razy zrobiła przewrotki. Wczoraj odkryła, że ta wielka, srebrna szafa, która po otwarciu świeci, ma w sobie jedzonko, więc gdy się kręci bezsensu i próbuje zwrócić na siebie naszą uwagę, i gdy w końcu pada pytanie „Psie, czego chcesz” – ona od razu prowadzi nas pod lodówkę…