ONA:
Sylvester Stallone ma 67 lat. Widać to po nim dość konkretnie. Botoks i inne wypełniacze, które umieścił w swojej twarzy, szyderczo dyndają mu na wysokości szczęki. O ile jeszcze w latach 80-tych można było zaryzykować stwierdzeniem, że jest „przystojny na swój sposób”, bo połączenie włoskich genów, ciemnych włosów i spanielowatych oczu może działać, tak teraz jest po prostu dziadeczkiem, który sam sobie zafundował jajecznicę z mordki. Ale fajne jest to, że on nadal tworzy, nadal kręci i występuje w filmach, odcinając nieco kupony od dawnej sławy i mierząc się ze swoim własnym mitem. Gdy w 2006 roku do kin weszła ostatnia część przygód Rocky’ego Balboa, ja miałam nadzieję, że ten kotlet po raz kolejny nie zostanie odgrzany. No okej, nie został, ale Stallone po raz kolejny założył bokserskie rękawice. Wszystko zaczęło się wiele lat temu w Pittsburghu, gdzie na jednym ringu stanęli Billy „The Kid” McDonnen (Robert De Niro) oraz Henry „Razor” Sharp (Sylvester Stallone) – bokserzy, którzy oczywiście się nienawidzili. Pierwszą walkę po ciężkich 12 rundach wygrał McDonnen. Po niedługim czasie przyszedł czas rewanżu i na łopatki przeciwnika szybko położył Sharp. Ambitny Billy za wszelką cenę chciał doprowadzić do kolejnej konfrontacji, tłumacząc się, że nie był wystarczająco dobrze przygotowany i temu przegrał, ale do tej trzeciej walki nigdy nie doszło. Przed samym pojedynkiem Henry się wycofał. Porzucił bokserskie rękawice i zaczął pracować w jakieś fabryce czy innej stoczni. Jego talent poszedł na zmarnowanie, podobnie zresztą jak z karierą odwiecznego przeciwnika, który poszedł w szołbiz. Z marnym skutkiem zresztą. Po latach „odkrywa” ich Dante Slate Jr. (Kevin Heart) – syn ich byłego promotora. Pragnie on za wszelką cenę wyrwać się ze szponów nazwiska i zrobić coś od A do Z samemu, po swojemu i na swoich zasadach. Do sukcesu potrzebuje Henry’ego i Billy’ego. Uwodząc ich kasą i sławą sprawia, że panowie podejmują wyzwanie. Dwóch panów po 60-ce postanawia stoczyć jeszcze jeden pojedynek. Dla jednego będzie to szansa na zdobycie honoru. Dla drugiego – uświadomienie wszystkim, że wygrał bo był lepszy. Oczywiście obaj twierdzą, że są w formie, że starość ich ominęła i że cała ta walka to będzie pikuś. Aaa, żeby pokomplikować całą fabułę, trzeba koniecznie upchać tam kobietę. W tym konkretnym przypadku to Sally Rose (Kim Basinger), która zakochała się ze wzajemnością w Henrym, ale na boku zrobiła sobie dziecko z Billym. Typowe! Panowie wspierani przez swoich trenerów, szykują się do konfrontacji. A wydarzeniem powoli zaczyna żyć nie tylko miasteczko, ale i cały kraj.
Zarówno Stallone, jak i De Niro kpią nieco swoimi rolami w tym dziele. My znamy ich przede wszystkich jako twardzieli – tu są dziadeczkami, którzy postanawiają najpewniej po raz ostatni zrobić coś, w czym byli niegdyś dobrzy (i chyba nie tylko „fabularnie”). Całe te przygotowania do walki, ich treningi, przepełnione zadyszkami i puszczaniem bąków, cała ta batalia o ostatni podmuch młodości i sprawności, jest strasznie komiczna. Oczywiście film ma też bardziej „istotną” wymowę i drugie dno, które jest całkiem poważne i wręcz obyczajowe. Koniec końców okazuje się, że nawet po 60-ce można zacząć od nowa, z solidnym kopem na rozpęd.
„Legendy ringu” to bardzo pozytywny film, na którym można się i pośmiać, i wzruszyć. Każdy znajdzie tu coś, co „dziubnie” go w jego „słaby” punkt.
ON:
Jest ich dwóch, starych weteranów bokserskiego ringu – Billy “The Kid” McDonnen oraz Henry “Razor” Sharp. W swojej karierze stanęli naprzeciw siebie dwa razy. Raz walkę wygrał „The Kid”, drugi raz „Razor”. Od początku kariery nienawidzą się i jak dwa napuszone koguty non stop skaczą sobie do gardeł.
„Legendy ringu” lub jeśli ktoś woli amerykański tytuł „Grudge Match”, to kino lekkie i przyjemne, pomimo ciężkawych tematów poruszanych w tym dziele. Twórcy posilili się na stworzenie scenariusza, w którym cały czas puszczają oczko do widza. Dwaj podstarzali bokserzy kontra nowoczesna technika, nowe zasady i cała masa ludzi, którzy nie do końca są z nimi. Są tu gagi, które mają nam przypomnieć o innych rolach Stallone’a i De Niro. Razor jedzie do rzeźni nie po to, by boksować półtusze, ale żeby kupić mięso. Zdziwienie, jakie maluje się na jego twarzy, gdy się tego dowiaduje – mówi wszystko. Przecież Rocky tłukł wieprze i cielaki po zmarzniętych żebrach!
Od czasu ostatniego spotkania dwójki bokserów wiele się zmieniło, ale ich wspólna nienawiść jest tak samo silna, jak miało to miejsce wiele lat temu. Na taki stan rzeczy wpłynęło wiele czynników, między innymi kobieta. Wiadomo, że nic nie może poróżnić dwóch kolesi tak jak babeczka. Tutaj było podobnie. Głupi splot wydarzeń doprowadził do zdrady, która niestety przyniosła za sobą owoc w postaci dziecka. To była pigułka, której nie można było przełknąć.
Tak oto panowie żyją sobie z dala od siebie. Jeden ma knajpę i salon z używanymi autami, drugi zaś pracuje, a może raczej powinienem powiedzieć pracował, w starej hucie. Niestety, cięcia doprowadziły do tego, że Henry ląduje na bruku. Na pomoc przychodzi Dante Slate Jr. syn sławnego menadżera, który lata wcześniej wyruchał na kasę obu bokserów. Oferta, jaką ma dla staruszków, jest całkiem sympatyczna. Kilkanaście tysi za „zagranie” w grze na konsole. Obaj bokserzy się godzą na wzięcie udziału podczas produkcji, ale ktoś nie pomyślał, że zamknięcie ich w jednym pomieszczeniu nie jest dobrym pomysłem. Mordobicie, jakie nastąpiło w studio, dość szybko zostało nagrane i znalazło się w sieci. To był impuls, początek wznowienia kariery obu mężczyzn. Tak zaczynają się przygotowania do ostatniej walki w karierze obu panów.
„Grudge Match” ogląda się dobrze, to luźne, niezobowiązujące kino idealnie nadające się na piątkowy lub sobotni wieczór. Pomimo swoich lat Stallone i DeNiro nadal kopią tyłki.
