ONA:

Obawiam się, że po „Spotlight” każdy film „dziennikarsko-reporterski” będzie po prostu nędzny. Co ja na to poradzę. Nie bez powodu dzieło Toma McCarthy’ego zgarnęło złotego ludzika w tej najważniejszej kategorii. Oczywiście, zanim zabrałam się za „Stan gry”, nie pomyślałam nawet, że mogę stać się tak bardzo cyniczna, jeśli chodzi o produkcje ze śledztwami dziennikarskimi w tle – ale tak właśnie się stało.

„Stan gry” to nie jest zły film, ale…

Żyję na tym świecie już prawie 30 lat. Już nie wierzę w to, że przeżyję tydzień, w którym nie dowiem się o jakimś przekręcie. O tym, że ktoś chciał być cwańszy, że chciał ugrać coś dla siebie, bo przecież spoglądanie ciut dalej, niż przed własny nos, to zbyt dużo.

Cal McAffrey (Russel Crowe) to stary, dziennikarski wyga. Ma swoje sztuczki, kontakty i wtyki. Ma nosa i intuicję. Więc kiedy dowiaduje się o śmierdzącym pierdzie, postanawia sprawdzić kto wytoczył. Chodzi o tajemniczą śmierć asystentki kongresmena. Dziewczyna była młoda, ambitna i zupełnie przypadkowo – sypiała ze swoim szefem. Wiadomo – nic tak nie kręci jak władza, pieniądze i cholera wie co jeszcze. Dodatkowo, polityk jest młody, przystojny. Nie ma co walczyć z podnietami. A potem laska ginie. Stephen Collins (Ben Affleck) jest w głębokiej dupie. Polityk, do tego żonaty, a tu wychodzą na światło jakieś niezbyt fajne sprawy. Żeby skomplikować wszystko, okazuje się, że McAffey i Collins się znają. Panów łączy „przyjaźń” oraz żona kongresmena, która od lat wzrokiem cielaka wpatruje się w dziennikarza.

W filmie, poza Crowem i Affleckiem, pojawia się Rachel McAdams, Hellen Mirren, Robin Wright, a także Jason Bateman i Jeff Daniels. No trzeba przyznać, że całkiem fajny zestaw. Aktorów ogląda się wspaniale. Sama historia jest też całkiem sensowna, ale ten motyw jest już skrajnie przewałkowany. Na dodatek cała fabuła pełznie dokładnie po sznurku – nie trzeba być jakimś skrajnym znawcą, by potrafić przewidzieć następne sceny i okoliczności. I to najsłabszy element „Stanu gry” – lekka nuda. Oczywistość. Kompletny brak zaskoczeń.

Jeśli szukacie kina „dziennikarsko-reporterskiego”, to lepiej obejrzeć „Spotlight”. Najlepiej dwa razy.

ON:

Bardzo lubię filmy o śledztwach dziennikarskich. Oczywiście, najlepsze są te, które oparte są na prawdziwych historiach. Jara mnie to zbieranie dowodów, próby dochodzenia do prawdy, składanie układanki z maleńkich elementów. Uwielbiam klasyki takie, jak „Wszyscy ludzie prezydenta”, „Frost/Nixon”, czy też nowe produkcje, np. niedawno opisywany „Spotlight”. Może dlatego podszedł mi „Stan gry”. Nie jest on może niesamowicie odkrywczy, ale sprawił, że chętnie spędziłem przy nim trochę czasu. Ważne jest to, że akcja snuje się swoim tempem. Jesteśmy cały czas przy dziennikarzach, krok po kroku śledzimy ich pracę. Gdzieś przewijają się wątki prywatne, które mają wpływ na całą opowieść. Najlepsze jest jednak to, że wszystko zaczyna się od dwóch, zupełnie niezwiązanych ze sobą trupów, które prowadzą do kolejnych jednej osoby. Młodego senatora.

„Stan gry” korzysta ze sprawdzonych schematów i o dziwo nie jest to złe rozwiązanie. Czasami wyda się nam, że „to już gdzieś było”, a tutaj pojawia się ponownie, tylko w innym sosie. Dzięki temu, że nie nie starano się przekombinować otrzymujemy kino zwięzłe. Nie jest to film niesamowity, zapierający dech w piersiach i wybitnie zagrany, ale napewno warto poświęcić mu odrobinę wolnego czasu.