ON:
Dziś będzie o filmie, którego pokolenie lat 90-tych nie ma prawa znać. Dziś napiszemy kilka zdań o klasyce, o filmie przygodowym, w którym swoje łapki maczał Spielberg. Będzie o dziele wyjątkowym, sympatycznym i zatykającym dech w piersiach. Wszystko przez to, że w ’85 roku, kiedy film pojawił się w kinach, nikt w Polsce nie myślał nawet o takiej przygodzie. Kilka lat później, gdy tytuł pojawił się u nas na pirackich VHS-ach, siedziałem wraz z kuzynami i lokalnymi rozrabiakami na dywanie, a z naszych rozdziawionych pysków kapała na dywan ślina. Moje dzieciństwo zostało zniszczone, każdy z nas chciał być jak „Goonies”!
O filmie w reżyserii Richarda Donnera nie można powiedzieć złego słowa. Po prostu takiego kina się już nie robi, przesłało się pod koniec lat 90-tych. “Goonies” jest kwintesencją mojej młodości. Biegać po starych, brudnych podwórkach, ulokowanych pomiędzy zniszczonymi kamienicami, plądrować opuszczone budynki i szukać skarbów, ukrytych gdzieś tam przez nieznanych mi bandziorów. Oczywiście, brakowało nam podziemi wypełnionych skarbami, starego pirackiego galeonu i chciwych bandziorów, ale i tak było zajebiście.
„Goonies” to przede wszystkim grupa przyjaciół. W czasach, kiedy nie było tabletów i komórek, można było znaleźć taką grupkę na każdym podwórku. Był lider, pomocnik, był grubas i mózg, był też przeciętniak i laska, która zawsze chciała naskarżyć na wszystkich mamie. Dlatego bardzo łatwo można było każdemu z nas utożsamić z postaciami filmu. Wspomniana grupa przyjaciół znajduje na strychu domu starą mapę oraz wskazówki do ukrytego na wyspie skarbu. Na początku nie wierzą, że to może być prawdą. Jeśli jednak go znajdą, to będą mogli wspomóc ojca, który ma ogromne problemy finansowe. Są one tak duże, że na dniach ma się zjawić komornik i zająć dom. Początek przygody nie byłby pewnie tak straszny, gdyby nie to, że dzieciaki trafiają na rodzinę Fratellich, przestępców, którzy zmykają z więzienia i ukrywają się w starym opuszczonym domostwie/barze. Tak zaczynają się ich perypetie, o których marzyłem każdego wieczora. Wszystko przez fantastyczną (jak na tamte czasy) oprawę audiowizualną. Do całej opowieści można było także podejść z dystansem, dzięki napisanemu z jajem scenariuszowi.
Dla mnie „Goonies” jest filmem legendą, o którym ciężko mi zapomnieć, nawet 30 lat po premierze.
ONA:
Powiedzmy sobie szczerze, każdy miał taki moment w życiu, kiedy po prostu chciał zażyć przygody. Ot tak, poczuć ten dreszczyk, który ciągnął nas w nieznane, który popychał do przełamywania samego siebie, do odkrywania, poznawania. Niektórych to dopada wcześniej, innych później. Najważniejsze jest jednak to, żeby to nie było za późno. Ja, podobnie jak bohaterowie filmu „Goonies”, pierwsze przygody miałam w takim gówniarskim wieku, kiedy to zostałam poproszona z kumplami o to, by posprzątać strych w starym domu. Emocje, jakie nam towarzyszyły, były niezapomniane. Mam gęsią skórkę do dziś. Mam wrażenie, że te przyjaźnie, które powiązane są z takimi momentami, są tymi najtrwalszymi, najmocniejszymi i najbardziej wartościowymi. I właściwie to wszystko ma niewiele wspólnego z filmem, który dziś recenzujemy, ale podczas seansu dopadła mnie myśl, że tamte czasy były po prostu dobre.
Kilka dni temu po raz pierwszy obejrzałam „Goonies”. Naprawdę. Wiem, wstyd. Ale w 1985 roku nawet nie byłam w planach, a co tu dopiero mówić o oglądaniu filmów. Nadrabiam, ciągle nadrabiam te zaległości, szczególnie, że Dawid kino z tamtych czasów bardzo lubi. Chcąc, nie chcąc – ja też muszę. Szok nr 1: ten film oparty jest na scenariuszu samego Spilberga. Szok nr 2: w tym filmie jest strasznie fajna ekipa młodych, rozkosznych aktorów. Niektórzy „przetrwali” do dziś na dużym ekranie, jak np. Sean Astin czy Josh Brolin. Dużo dobrego znajdziecie w „Goonies”, chociaż to zwykła komedia o grupce dzieciaków, którzy odnajdują mapę. Kawałek papieru datowany jest na XVII wiek i ponoć ma kierować do ukrytego skarbu piratów. Z pewnością ktoś, kto tworzył tę mapę mówiąc „skarb” nie miał na myśli gangu, który ukrywał się gdzieś w tamtych okolicach. Dzieciaki są cwane i żądne przygód, ale rodzina Fratellich widzi w tych małych bąblach konkretne zagrożenie. Robi się niebezpiecznie!
„Goonies” to film śmieszny i uroczy. Podejrzewam, że w tamtych czasach po premierze wszyscy chcieli mieć takie grupy, chcieli szukać skarbów i krzyżować plany złoczyńcom. Oczyma wyobraźni widzę Dejwa i jego kumpli, którzy plądrują rzeszowskie osiedla, ale jedyne, na co trafiają, to paczka petard Piccolo, prezerwatywa i fragment plakatu z „Twojego Weekendu”.
Nie będę „Goonies” wytykać błędów, tego, co mi się nie podobało, bo to film „nostalgiczny”, coś jak mój „Clueless”. Warto go obejrzeć, bo jest śmiechawy i chyba tyle.
