ONA:
My, widzowie, możemy być wdzięczni Quentinowi Tarantino za wiele. Inteligentne, przemyślane filmy z kapitalnymi ścieżkami muzycznymi, ponadczasowymi i kultowymi tekstami to raz. Dwa: Tarantino ma mega dryg do aktorów. Mam czasami wrażenie, że on absolutnie w 100% dopasowuje wykonawcę pod rolę, a przy okazji często odkrywa nowe talenty. Chociaż nie raz przypomniał nam o aktorach, których czas przykrył już warstewką kurzu. Takim nieco zapomnianym aktorem był Kurt Russel. Niegdyś jeden z pierwszych przystojniaków na dużym ekranie, który niby ciągle był „aktywny”, ale jego kreacje przechodziły obok bez nadmiernego szumu i zachwytu. A szkoda, bo to naprawdę dobry aktor. Bardzo charakterny i absorbujący uwagę. I świetnie odnajduje się w rolach tych nie do końca dobrych facetów. Z hukiem powrócił w „Grindhouse: Death Proof” i znowu jest we właściwym miejscu i czasie.
Z nieukrywaną radością wzięłam się za „Sztukę kradzieży” właśnie z powodu Russela. I przyznam się bez bicia – film spodobał mi się bardzo. Nie dość, że to fajne kino typu „zabili go, a on uciekł”, to jeszcze mamy całkiem intrygującą tajemnicę i tak na prawdę do samego końca nie wiemy kto kogo oszuka, kto straci wszystko, a kto zje wisienkę z tortu.
Crunch Calhoun (K. Russel) to złodziej dzieł sztuki, który właśnie przechodzi przez lekki kryzys „zawodowy”. Już niby ma dość, ale ciągle nie potrafi zdecydować się na inny styl życia. I wtedy właśnie dostaje propozycję wzięcia udziału w bardzo rentownej kradzieży. Zbiera więc zespół, obmyśla plany i… I za żadne skarby nie udaje się mu porzucić dotychczasowej fuchy, bo pojawia się kolejna okazja. Wspierający naszego bohatera jego brat, Nicky (Matt Dillon) ma jednak nieco inny plan i cel. A atmosfera się zagęszcza…
„Sztuka kradzieży” to całkiem udana sensacja z elementami komedii. Jest wartko, jest dynamicznie, jest tam też jakaś utkana tajemnica, którą przyjdzie nam rozwiązać z bohaterami filmu. Do „najlepszych” ma co prawda daleko, ale ciężko też powiedzieć, że jest to dzieło złe, nudne, oklepane. Jest zawadiacki, rozrywkowy i absolutnie nie można go traktować poważnie. Jest też w nim polski akcent!
Ta produkcja jest świetnym wyborem na spokojny wieczór. Fani łączenia komedii i sensacji będą zadowoleni.
ON:
„The Art of the Steal” w reżyserii Jonathana Sobola jest praktycznie jego debiutem. Wcześniej miał na swoim koncie jedną krótkometrażówkę oraz jeden obraz skierowany na wielki ekran, ale nie były to jednak produkcje wybitne, bo przeszły raczej bez echa. Jego ostatni film ma jednak w sobie coś, co widzieliśmy już w kilku dobrych sensacyjnych opowieścich, a mianowicie całkiem zgrabnie utkaną intrygę.
Zanim zacznę, chce zwrócić uwagę, na jeden mały szkopuł. „The Art of the Steal” zaczyna się w Polsce, ale takiej Polski nie widziałem nigdy. Z jednej strony przedstawieni jesteśmy jako naród nieudaczników i kombinatorów, z drugiej ulice i mosty jakieś takie nie polskie. No i Polski “bandzior” gada łamaną polszczyzną pomieszaną z ruskim. Polskie więzienie wygląda jak najgorsza mordownia, przepełniona zwyrolami i mordercami, upchanymi do jednej celi, w której jedzą oni z ziemi i spółkują ze sobą. Widać, że Kanadyjczyk nie miał pojęcia, jak wygląda Europa Wschodnia, a materiały zbierał chyba z katalogów rosyjskich biur podróży. Taka drobnostka.
Podczas pierwszych scen poznajemy Cruncha Calhouna, który ląduje na siedem lat w polskim więzieniu. Mężczyzna jest złodziejem sztuki, który współpracuje ze sowim bratem i kilkoma innymi sprawdzonymi osobami. Niestety, jego braciak Nicky został przyciśnięty przez policję i zacząć cienko śpiewać. Sam uratował dupę, zaś Crunch zostaje zatrzymany. Po wyjściu z paki, facet wraca na łono społeczeństwa. Nie ma za wiele możliwości i zarabia na życie biorąc udział w popisach kaskaderskich. To robota totalnie z dupy i nie ma z niej kasy. Pewnie jego mizerne życie by się nie zmieniło ,gdyby nie wizyta jednego wkurzonego kolesia. Facet został oszukany przez Nicky’ego i teraz stara się odzyskać pieniądze lub znaleźć jego osobę. Cruch na brata jest wkurwiony niemiłosiernie. Nie dość, że stracił kasę, kilka lat życia, to teraz zdenerwowany wierzyciel zabiera mu jedyne źródło utrzymania – motocykl.
Niestety, z rodziną najlepiej wyjść na zdjęciach. Crunch za namową współpracowników daje się przekonać, by ostatni raz wspólnie z braciakiem odpierdolić przekręt stulecia. To już nie zlecenia na kilkanaście tysięcy, to towary warte po kilka milionów. Jest o co walczyć.
„The Art of the Steal” jest filmem całkiem niezłym. Nie wiem skąd tak niskie oceny w sieci. Jego dużym plusem to scenariusz, w którym każdy, każdego chce wyruchać i do samego końca nie wiadomo, kto pójdzie z kasą w kierunku zachodzącego słońca. Film na chillowy wieczór.
