ONA:
Po raz kolejny mam ciężką rozkminę po filmie. Bo z jednej strony trochę mnie on nudził, szczególnie początkowo, a z drugiej – finalnie okazał się pozycją przepiękną, dającą do myślenia i zmuszającą do weryfikacji wielu czynników, nie mówiąc już o tym, że mimochodem, podczas seansu, zaczynasz analizować swoje życie…
Narodzenie dziecka zwykle jest powodem do radości. No okej, na ogół tak jest. Nowe istnienie, nowe nadzieje, nowe życie. Coś, co powstało z niczego. Jak bardzo ironicznie bym nie podchodziła do idei macierzyństwa – dla mnie proces magiczny. Istne fantasy. A to, co dzieje się w filmie „Ciekawy przypadek Benjmina Buttona” – tego moja głowa nie jest w stanie pojąć. „Urodziłem się w okolicznościach niezwykłych” – tymi słowami wita nas tytułowy bohater, wprowadzając nas w opowieść o upływającym czasie. Benjamin urodził się jako osiemdziesięciolatek. Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi – tak było (a przynajmniej tak to sobie wymyślił F. Scott Fitzgerald, twórca powieści, na podstawie której nakręcono ten film). Ciałko dzieciątka wyglądało jak ciało staruszka. Ale nie tylko to go wyróżniało. On, w odróżnieniu do innych osób, każdego roku młodniał. Jego dysfunkcje zanikały, podobnie jak choroby i zmarszczki… Nikt tego nie był w stanie pojąć, ale Benjamin jakoś żył. Miał znajomych, miał przyjaciół. I w końcu poznał ją. Daisy…
Co mogłabym napisać o tym dziele? Że nie styka mi się on pod względem sensu? Że dla mnie to jakieś totalne fantasy, a mój logiczny umysł miał problem z ogarnięciem fabuły? Może skoro fabuła mi nie siedzi, to powinnam zwrócić uwagę na aktorów? Na świetną Cate Blanchett, która jest nie tylko posągową pięknością, ale również świetną aktorką, bezbłędnie wchodzącą w swoje role? Genialnie weszła i w tę. Przeżywała, dojrzewała, była elementem dziwnych wydarzeń i okoliczności, ale uniosła to. Strasznie podobała mi się Tilda Swinton w małej rólce, bo tam też było dużo emocji. Niestety, z resztą aktorów jest gorzej. Brad Pitt należy do grona moich ulubieńców i ukochuję go nie tylko z powodu urody, ale też z powodu brawurowo odgrywanych ról. Tu jest dużo gorzej. Fabuła jest dziwna, jest pokręcona i Pitt tego nie podniósł. Może na tym polegał zamysł twórców, by w wersji starszej aktor był dużo bardziej sugestywny, niż z biegiem lat, które paradoksalnie go odmładzają. Pitt stworzył strasznie niespójną kreację, która widza męczy. Rozemocjonowana Daisy ciągnęła tę historię, a nie Benjamin, który przecież był głównym bohaterem.
Opowieść, którą zaserwował nam David Fincher jest pozycją dziwną. Mniej więcej od połowy, kiedy bohaterowie zrównali się wiekiem, zaczęłam podążać za nią z większą ciekawością. Intrygowało mnie to co się stanie z głównym bohaterem, kiedy dotrze do punktu zero, a także co opowie nam Daisy, zanim nadejdzie koniec. Jako melodramat – pozycja przepiękna, mówiąca o miłości, o walce, o kompromisach, na które trzeba pójść tworząc związek. Jako fantasy – przekombinowana. Jak dla mnie osadzenie takiej „dziwności” w normalnych realiach to ciut za dużo. Po prostu nie jestem tego w stanie zrozumieć, nawet jakbym bardzo chciała. Ale mimo wszystko uważam, że warto poświęcić czas na tę produkcję, bo jest inna. I Blanchett wspina się w niej na wyżyny swoich umiejętności.
