Captain America: Civil War

ON:

Poszedłem na ten film bez ogromnych oczekiwań, bez tego czegoś, co towarzyszyło mi podczas innych filmów z superbohaterami. Podobnie się czułem idąc na „Batman vs. Superman” – po prostu wiedziałem, że jakoś to będzie, ale czułem już przesyt tym kinem dla nastolatków. „Deadpool” oraz seriale ze stajni NETFLIX pokazały, że opowieść z tego samego uniwersum może smakować lepiej i wybitniej.

Historia, którą dostajemy w „Civil War”, jest rozwinięciem wątku „Zimowego żołnierza”, ale tematem przewodnim jest coś innego. Mowa o granicy, którą mogą lub nie mogą przekroczyć członkowie Avengers, aby ratować życie innych. To także próba odpowiedzi na pytanie czy w sytuacji zagrożenia życia lepiej poświęcić kilka istnień, by ratować wiele? Tak naprawdę początek filmu zmusza nas do śledzenia tego, co dzieje się na ekranie, a „wybuchowy wypadek” jest dobrym pretekstem, aby uziemić Kapitana Ameryką, Iron Mana i resztę Avengers.

Ponad setka państw postanawia podpisać dokument, który przekaże władzę nada grupą bohaterów prosto w ręce ONZ. Pomysł ten, chociaż nie jest idealny, akceptuje Stark, Natasha Romanoff i War Machine. Gorzej jest po drugiej stronie obozu. Rogers, czyli Kapitan Ameryka, nie chce mieć smyczy, która tak naprawdę może więcej napsuć krwi, niż pomóc. Po jego stronie stają inni. W ten sposób rodzi się konflikt, który jest dodatkowo podżegany przez pewnego człowieka z Sokowii.

„Captain America: Civil War” jest obrazem wypełnionym efektami specjalnymi. Pojawienie się w dwóch przeciwnych obozach nowych postaci sprawia, że nasza uwaga nie skupia się już tylko na Ameryce i Iron Manie. Teraz swoje pięć minut mają inni – Ci, którzy dopiero podbijają kinowe ekrany. To świetne posunięcie. Brakowało mi jednak czegoś innego. Tego luzu, który towarzyszył widzom podczas seansów innych opowieści ze świata Marvela. Nie ma tu już tego puszczania oczka do fanów. Ok, kilka razy się uśmiechnąłem, ale widać, że seria zaczyna iść w poważniejsze tematy. Jeśli tak się dzieje, to może warto podnieść poprzeczkę wiekową o te 3 lata. Film jest godnym następcą poprzednich historii o Kapitanie Ameryce, a także łącznikiem innymi obrazami tegoż uniwersum. Lekkie, łatwe i przyjemne kino, chociaż ma dłużyzny.

ONA:

Deadpool i Ant-Man mnie zaskoczyli. Bardzo. Ale nie ukrywam – odczuwam lekkie zmęczenie tym całym superbohaterskim szałem. Mam ogromny problem, by wyłapywać i przypominać sobie dane wątki. Muszę albo obejrzeć ostatnią część jeszcze raz, albo chociaż poczytać, bo one zaczynają się mi ciut za bardzo namnażać w głowie. Spoko, to nadal świetne produkcje, świetnie zagrane, zrealizowane, z coraz ciekawszymi fabułami, w których nie chodzi już tylko o naparzanie się po mordach. Tu zaczyna być coraz więcej sensu. Tematyka zaczyna być całkiem poważna. Nie wiem… Może twórcy liczą, że i odbiorcy dojrzewają?

Dla mnie największą wadą kina superbohaterskiego, jest ograniczenie wiekowe. Deadpool udowodnił, że hardkorowa jazda przyjemnie połechta widzów dorosłych, którzy mają już dość ugrzecznionych bohaterów. Tymczasem w kinie nadal sporą częścią były po prostu dzieciaki… Poza tym, mam wrażenie, że niestety, twórcy „techniczni”, mimo tego, że to nadal bardzo dobrze zrealizowana produkcja, trochę siadają na laurach. Znowu wspomnę do Deadpool’u – tam montaż był skrajnie komiksowy. Zwolnienia, ujęcia, ta ekspresja, dynamizm. Tu? Zwykły film akcji. Bez szału, bez spektakularności. W 2016 roku nie ma sensu wychwalać efekty, dźwięk i całą resztę, ale nadal można pracować nad wyglądem filmu.

A, i moim zdaniem na siłę te filmy się wydłuża. Albo ja mam koncentrację jak dziecko z ADHD, albo po prostu… nudzą.

Obejrzałam, bo tego typu dzieła najlepiej oglądać w kinie. Spoko, ale chcę czegoś lepszego.

Captain America: Civil War recenzja

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad