ONA:
Film, o którym dziś napiszę, to jeden z tych, które wydają się dobre już na poziomie czytania informacji o czym będzie, kto go robi, kto w nim występuje. Na „Złotą Damę” czekałam z wypiekami na twarzy z wielu powodów. A gdy moja kumpela napisała mi, że zaiste – jest świetny, to nie było sensu, by dłużej trzymać się w niepewności.
Tak, „Złota Dama” to film świetny. Ale zanim napiszę co mnie w nim tak skrajnie mocno ujęło, kilka słów o tym, o czym jest.
Ta historia wydarzyła się naprawdę. Maria Altmann urodziła się we Wiedniu, ale niezbyt dobre miała zdanie o swojej ojczyźnie. Wszystko za sprawą wydarzeń, które rozgrywały się w latach 30. ubiegłego wieku i które dotyczyły nie tylko jej rodaków, ale przede wszystkim jej rodziny. Pochodziła ona z żydowskiej rodziny. Dodam: dość zamożnej, wielbiącej sztukę i artystów z wielu dziedzin. Jej ciotką była piękna Adela, która pozowała samemu Klimtowi do jednego z jego najważniejszych i najpopularniejszych obrazów. Maria uwielbiała swoją ciotkę. Zachwycała się jej urodą i inteligencją. Niestety, przyszła wojna. Naziści jeszcze przed jej wybuchem opanowali Austrię, grabiąc wszystko, na co mieli ochotę. Kolekcja rodziny Marii również bardzo ucierpiała – naziści zabrali wszystko, od biżuterii i obrazów, po bezcenną wiolonczelę Stradivardiusa. Maria praktycznie w ostatniej chwili, uciekła ze swoim mężem, śpiewakiem operowym, do Stanów. Jej nowe życie w Kalifornii było całkiem udane. Kobieta jednak szczerą nienawiścią darzyła swoją ojczyznę, swoich rodaków. Trudno się jej dziwić. Tamto miejsce pogrzebało wiele dobrych wspomnień.
Jednak po czasie Maria postanowiła zawalczyć o swoje. Stała się głosem tych wszystkich osób, którym naziści odebrali majątki, kolekcje itp. Jej wojna z Austrią, bardzo mocno wspierana przez ambitnego prawnika, stała się symbolem walki o swoje. A portret pięknej ciotki, namalowanej przez genialnego Klimta, okazał się największą z nagród.
Jestem zakochana w malarstwie Klimta, więc ta historia była mi znana już wcześniej, ale to i tak w żaden sposób nie umiało powstrzymać mojego przeżywania tego filmu. Jest świetny, przepełniony historią, ludzkimi dramatami i wyborami, o których my nie mamy pojęcia, o których my tylko czytamy lub które tylko oglądamy. Poza warstwą fabularną, ten film urzeka genialnym klimatem. Z jednej strony Stany, z drugiej Austria. Czasy współczesne vs. lata 30 ubiegłego wieku. Elementem spajającym to wszystko jest Maria – GENIALNIE zagrana przez Helen Mirren. Dzielnie partneruje jej Ryan Reynolds, a w mniejszych rolach znaleźli się Daniel Bruhl (znany z roli Nikiego Laudy w „Rush”) i Katie Holmes (znana z tego, że wywinęła się Tomowi C.).
Nie ma co ukrywać, to bardziej „babskie” kino, ale nie ujmuje mu to zupełnie. Subtelnie się snuje, opowiadając o losach ludzi, których wojna zrównała z ziemią. Wciąga i porusza. A jak jeszcze ktoś lubi, gdy w filmie pojawiają się elementy sztuki, to będzie bardzo mile połechtany. Piękny film opowiadający o uporze. I o lukach prawnych.
