ONA:
Wiecie na czym polega „Paradoks Papi”? Na twardości, która jest tylko pozorna. Absolutnie nie uważam się za osobę wrażliwą, skłonną do wzruszeń. Stąpam po ziemi z ogromną ilością logicznego myślenia, analizowania, z rozsądkiem, który mną steruje. Emocji używam mniej więcej tak często, jak pieprzu i za każdym razem przesadzę. Niewiele mnie rusza – tak przynajmniej sobie wmawiam. To ja jestem tą, która słucha, szuka rozwiązań, daje się wygadać, wypłakać. Moje emocje duszę w sobie, aż do tego jednego momentu, kiedy zaczynają one bulgotać, coraz bardziej i bardziej, coraz mocniej, coraz intensywniej i wtedy się zaczyna. Opcje na ogół są dwie: albo drę mordę bez opamiętania, albo ryczę jak idiotka, odwadniając się za pomocą kanalików łzowych. Co ciekawe, często dzieje się tak, że tym bodźcem, który sprawi, że zacznę płakać, są filmy. Bo coś mi się przypomni, skojarzy i jeb. Wyję. Wyję najpierw nieśmiało, przechylając głowę do tyłu i próbując zmusić łzy, by wpłynęły do oczu. A potem, kiedy pierwsza zsunie się po policzku, zaczynam koncert. Makijaż zatrzymuje się na bluzce, a rękawy są całe w smarkach. Taaa… Tak beczy Papi. Mam swój zestaw filmów, na których beczę ZAWSZE. Na pierwszym miejscu od lat jest to samo dzieło. „Marley i ja”.
Pamiętam bardzo dobrze wieczór, kiedy to po raz pierwszy obejrzałam ten film. Zapowiadała się świetna, bardzo ciepła, bardzo dowcipna komedia, w której główną rolę gra przeuroczy labrador – Marley. Beztroska bohaterów, ich codzienność oraz to, jak zmienia się życie na przestrzeni lat, miało jeden wspólny element – psa. Była pierwsza ciąża, potem kolejna, dzieciaki rosły, dorośli dojrzewali, przeprowadzali się, zmieniali pracę, a psiur był zawsze stałym elementem układanki. Nie zauważyłam tego, że Marley też był coraz starszy (ok, zaczynam beczeć pisząc te słowa), a psy przecież nie żyją tak długo jak ludzie…
Moim zdaniem psy to najcudowniejsze istoty, jakie chodzą po ziemi. Mądre, kochające, rozbrajające. Są wszystkim tym, czym człowiek być nie umie, nie chce, nie może być. Bezgranicznie uwielbiają, cieszą się z bzdur – nawet w patyku potrafią znaleźć plusy. Współodczuwają i mimo, że nie znają takiego szumnego słowa jak „empatia”, wiedzą kiedy coś jest nie tak. I próbują łagodzić sytuacje na tyle, na ile pozwala im ich natura. Niezależnie czy to rasowy czempion z dobrej hodowli, czy kundelek, któremu dasz dom. Psy znajdują w nas to, co najlepsze. To, co trzeba chronić i pielęgnować. To, co sprawia, że ogon najpierw zaczyna się nieśmiało kołysać, by potem wariować na prawo i lewo. Kiedy Jennifer (Jennifer Aniston) i John (Owen Wilson) powiększyli swoją rodzinkę o małego labradorka z przeceny, ich życie wywróciło się do góry nogami. Ale coby się nie działo, mieli za sobą zawsze czteronożnego przyjaciela, który wspierał ich każdego dnia i każdej chwili nadawał charakteru. Tak, tu już beczę na całego.
To film dla psiarzy. Dla miłośników czterech łap, zimnego nosa i merdającego ogona. To film, który zrozumieją tylko psiarze – tak na 100%. To durna komedia, z najgorszym aktorem na świecie, ale to zupełnie się nie liczy. „Marley i ja” to dzieło, które w pełni poświęcone jest miłości międzygatunkowej, niekończącej się, wzajemnej, pięknej i potężnej. To dzieło, po którym przestaniesz się wkurzać, że Twój psiak wykopał dziurę, zjadł Ci buta, obudził Cię liżąc Cię po twarzy, albo popsuł intymny moment samym patrzeniem.
A teraz pogłaszcz swojego czworonoga. Weź go na spacer w nowe miejsce. Porzucajcie patykiem. Daj mu coś dobrego do pogryzienia. Ciesz się każdą chwilą – to Twój najlepszy, najwierniejszy przyjaciel.
Psy górą!
ON:
Ehh co tu dużo mówić -buczałem jak bóbr podczas seansu „Marley & Me”. Trzymałem się twardo do samego końca, ale ostatnie minuty zakpiły sobie z moich uczuć, emocje wzięły górę i łzy leciały mi po plecach, gile zatkały nos, a ja beczałem nadal. Dlaczego? Bo kocham psy, uwielbiam każde zwierzaki, ale psy kocham bezgranicznie. Szczególnie te, które są członkami naszej rodziny. Gdy prawie dwa lata temu mała, szara kulka przybiegła do mnie i zaczęła gryźć moje buty, wiedziałem, że wywróci ona nasze życie do góry nogami.
Podobnie jest w przypadku Johna i Jenniefer Groganów. Młoda para nie będąc jeszcze gotową na dziecko, decyduje się na szczeniaka. Biszkoptowy „cfaniak” zrobił ich w jajo, jak nas Bowie. Po prostu od początku wiedział jak się zachować i co zrobić, aby przekonać parę do swojego psiego pyszczka. Lab został nazwany Marley i od tego momentu można zawsze było krzyczeć jego imię, gdy tylko działo się coś złego. A przyznać trzeba, że działo się często i dużo. Psina bowiem wyrwała się z piekła, a jej poprzednie imię to Cerber.
Czworonóg pomimo swoich wad, wtopił się w życie rodzinne. John pracując dla lokalnej gazety zaczyna tworzyć felietony, w których to pieseł odgrywa główną rolę, a codzienne smutki i radości są tematem, który zaczyna docierać do coraz to większej ilości czytelników. Mijają miesiące, Jenniefer zachodzi w ciążę, która niestety, nie zostaje donoszona. Małżeństwo jednak przechodzi i tę próbę. Wreszcie po kolejnych miesiącach jakiś jeden twardziel z ogonkiem znajduje jajeczko i pojawia się kolejny mały człowieczek. Marley jakby przestaje świrować, staje się bardziej dojrzały, a na dziecko reaguje w sposób wyjątkowy.
I tak sobie płynie życie rodziny Grogan, mają lepsze i gorsze momenty, starają się wiązać koniec z końcem. Decyzje, jakie podejmują, nie tylko obejmują ich i dziecko, a później dzieci, ale także czworonoga. Zmiana miejsca zamieszkania, kredyt na dom, dodatkowe zlecenia, czas poświęcony na pracę, to tylko kilka z problemów jakimi sobie radzą. Oczywiście każdego dnia psina jest z nimi.
Jest trochę jak u nas. Gdy my będziemy gdzieś jechać, to futrzaka „sprzedamy” mamie, gdy się kłócimy skarpeta leży w kącie i łypie na nas z wyrzutem, gdy bierzemy ją na spacer widzimy jej niesamowite szczęście, a gdy chcemy pobaraszkować, to niestety wydaje się, że ona wszystko rozumie. Posiadanie zwierzaka zmienia sposób postrzegania świata. Oczywiście są tacy, którzy zamknął czworonoga w kojcu, gdzie siedzi cały dzień i nikt nie zwraca na niego uwagi, ale w naszym przypadku Bowie to członek rodziny, tak jak Marley jest członkiem rodziny Grogan.
„Marley & Me” to początkowo lekkie kino, które przeobraża się w smutny dramat, opowiadający o miłości, przywiązaniu i oddaniu, którego nie raz nie doświadczymy z ludzkich serc. Jest tak dlatego, że dla tej szarej kulki jesteśmy wszystkim, całym światem, który zjawił się jakiś czas temu w jej maleńkiej zagrodzie. Tego dnia jakiś rudy wilk na dwóch nogach zabrał małą kulkę na ręce, a później pokazał nowy dom.


