ON:

„Jak mądrze mawia Joe Forrester, mój partner w śledztwach dotyczących zjawisk nadprzyrodzonych, istnieją dwa rodzaje zła: zło pierwotne, które pochodzi od diabła i zło wtórne, które wyrządzają ludzie.” – Ralph Sarchie.

Ulice Nowego Jorku pokazanego w horrorze „Zbaw nas ode złego” są ciemne i mokre. Noce pełne są ludzkich robaków, stworzeń, które wychodzą ze swoich nor tylko wtedy, gdy poczują woń krwi. W Nowym Jorku deszcz miesza się z czarnym jak smoła złem, wypływjącym z ran miasta. Dym, smog, smród i robactwo, a pomiędzy tym wszystkim małe, kolorowe osiedla, ostatnie azyle spokoju. Mieszkania, w których Jezus wisi na ścianie i pilnuje domowego ogniska. Pomiędzy dwoma światami, pomiędzy otchłanią, a światłem kroczy Sarchie – policjant z instynktem. On i jego partner już nie raz widzieli rzeczy, o których się nam nie śniło.

Cała historia, którą opowie nam glina, zaczyna się jednak w innym miejscu i w innym kraju. Po środku pustyni trzej żołnierze znajdują prastary grobowiec. Miejsce święte, spaczone, może miejsce kultu? Nieważne jak je zwano oraz jaki był jego cel. Ważne jest coś innego, coś, co mieszkało w starych, zapomnianych ścianach.

Nowy Jork płacze zimnym deszczem. Wśród kropel dzieje się dużo, ale nigdy nic dobrego. Sarchie jest lekarzem, ale innym niż Frank Pierce z „Ciemnej strony miasta”. Pierce walczył z demonami własnej duszy, Serchie zaś leczy dusze innych. Czasem lekarstwem jest pięść, a czasem kilka chłopaków w ołowianych koszulkach o kalibrze 9mm. Łzy miasta są gęste, ponieważ coś złego wisi w powietrzu, coś gorszego niż zwykle, coś z czym nie poradzi sobie zwykły policjant. Włoskie korzenie gliny są zbawieniem, ale i przekleństwem. Z jednej strony to krzyż wiszący w domu, złudne poczucie ochrony przez złym, a z drugiej wewnętrzny głos mówiący, że coś złego wydarzy się w konkretnym miejscu. Tak jest właśnie tej feralnej nocy, gdy policjant i jego partner zostają wezwani do sprawy zakłócenia porządku w jednym z nowojorskich mieszkań. Aby było ciekawiej do sprawy miesza się pewien upadły kapłan, ksiądz, który nie zgubił drogi, ale zapomniał, że niektóre ścieżki Pana prowadzą do miejsc zakazanych. „I nie wódź nas na pokuszenie” wypowiadamy w słowach modlitwy, jednak czasem nasze błagania i prośby nie dochodzą do uszu stwórcy. Choć może właśnie to, że rzuca kośćmi naszego życia, jest najlepszym dowodem na to, że tam na górze ktoś na nas patrzy i po prostu czasem zsyła na nas próbę.

Reżyser Scott Derrickson wziął się za bary z dziełem, które mogło być kolejnym „Sinisterem” filmem mrożącym krew w żyłach. Nie do końca udała mu się ta sztuka, choć należy przyznać, że „Zbaw nas ode złego” potrafi przestraszyć. Do dreszczy doprowadzają zdjęcia, atmosfera i wszędobylski mrok. Kadry są ciemne, ale można na nich spokojnie dojrzeć zagrożenie. Ukryte w mroku postacie straszą mniej, gdy się ich spodziewamy. Jednakże gdy pojawią się momenty typowego straszaka takie, jak wyskakujące z szafy ludzkie upiory lub pojawiające się znienacka krwawe obrazy zapisane na taśmie wideo, to nawet największy twardziel podskoczy do góry. Całe szczęście tych momentów nie ma wiele, co za tym idzie możemy się skupić na rozwiązywaniu zagadki, którą postawiono przed policjantem.

„Zbaw nas ode złego” jest filmem idealnie wpasowującym się w ramy gatunku i powinien go zobaczyć każdy fan dobrego horroru.

ONA:

„Oglądamy jakiś horror!” – usłyszałam pewnego wieczoru. Spoko, może być, przecież jestem coraz lepsza w tym gatunku i sukcesywnie uzupełniam pozycje. A potem założyłam taką bluzę, która ma ogromny kołnierz, którego naciągnęłam na całą głowę, bo przecież jakoś to oglądać muszę. Bo wiecie, mnie nie przerażają w filmie potworki, ufoki, jakieś dziwne bestie czy psychole różnych maści. Mnie przerażają tylko duchy i różnego rodzaju „opętania”.

Początek historii jest dość dziwny: grupa żołnierzy trafia do jakieś groty, a potem są tylko krzyki i ciemność. Zmiana scenografii i przenosimy się do miasta. Naszym głównym bohaterem jest gliniarz, Ralph Sarchie (Eric Bana), który każdego dnia musi mierzyć się z morderstwami, pobiciami i całą masą paskudztw, z których słynie nasz gatunek. Ale stara się jak może. I wtedy dostaje wezwanie do bardzo dziwnej akcji. Kobieta wyrzuca na wybieg dla lwów swoje dziecko… Narkomanka? A może babkę po prostu popieprzyło? Może nie potrafiła wiązać chusty i wstydziła się karmić dziecko publicznie? A może je zaszczepiła? Dobra, dobra, żarty na bok – temat jest poważny. Sarchie wraz ze swoim partnerem próbują łączyć elementy, ale nic tu nie ma sensu… Po jakimś czasie panowie mają kolejne wezwanie – awantura domowa. I wtedy nasz pan policjant zaczyna powoli łączyć kropki. Pomaga mu w tym ksiądz, który zupełnie nie przypomina klechy w sutannie. Ojciec Mendoza jest egzorcystą… I baaardzo się w tej sprawie przyda.

Im bardziej Sarchie brnie w głąb sprawy, tym dziwniejsza ona się wydaje. Ewidentnie mamy tu do czynienia z czymś, czego nie da się ot tak, opisać słowami, myślami. To coś większego, mroczniejszego i bardziej niebezpiecznego. To demon, który pragnie władać i któremu Ralph zaczyna się podobać…

Przyznam szczerze, że początkowo byłam bardzo wystrachana, ale z każdą kolejną minutą filmu zdawałam sobie sprawę z tego, że do takiego „Sinistera” mamy daleko. Tu całą „atmosferę” robi mrugające światło i wyskakujące nagle elementy, co oczywiście podbite jest odpowiednio głośnym dźwiękiem – czyli mamy nie nastrój, a reakcję organizmu na bodziec i tyle. W tym filmie niestety – nie ma zbyt dużo klimatu. Jest to film bardzo szablonowy i wręcz klasyczny, jeśli chodzi o tematykę egzorcyzmów. Trudno go się przeżywa, ale nie dlatego, że jest ciężki, a dlatego, że jest bardzo przeciętny. Ponoć oparty jest na prawdziwej historii – co cóż, jeśli ona była równie miałka, to dziwi mnie to, że ktoś postanowił ją zekranizować. Myślałam, ba – łudziłam się, że poziom zagwarantuje Eric

Bana, którego bardzo lubię i cenię jako aktora. Ta rola mu niestety nie wyszła. Napięcie w tym filmie opada smutno i smętnie jak zaniedbana erekcja.

Nuda. Niestety.