Zabicie świętego jelenia - recenzja1

Pan Yorgos Lanthimos to grecki reżyser, który nakręcił ekstremalnie gówniany film pt. „Lobster”. Są ludzie, którym się to dzieło podobało – ja bym wolała drugi raz obejrzeć „Botoks”.

Zabicie świętego jelenia – recenzja

I pan Grek po raz kolejny przytulił do serca Colina Farrella, wypuszczając przy okazji kolejną produkcję, obok której nie da się przejść bez skrajnie przerysowanych emocji. Tym razem „Zabicie świętego jelenia” – film, który siedzi w trzewiach jeszcze po jakimś czasie od seansu. Przy czym pragnę zauważyć, że ciężkostrawny bigos też potrafi zostać z człowiekiem na dłużej…

Tak, to „dzieło” to taki ciężkostrawny bigos. Męczący, dręczący i gniecie Cię jeszcze na następny dzień. Niektórym to smakuje. Nie oceniam.

Steven (C. Farrell) to lekarz, któremu na stole umiera pacjent. Nic nowego. Jednak tym razem jest coś „nowego”, bowiem by nieco uspokoić wyrzuty strumienia postanawia „zaopiekować się” synem pacjenta. Czuje, że to jego powinność. Martin jest dziwnym dzieciakiem. Wszyscy początkowo myślą, że to stres po śmierci ojca to spowodował, ale każda kolejna minuta filmu pokazuje jego prawdziwe motywy i zapędy.

Martin bowiem to pieprzony psychopata, który marzy o tym, by skrzywdzić lekarza. Uderza więc w najczulsze punktu. Do rodziny.

I tak obserwujemy, jak gówniarz otacza czwórkę bohaterów coraz dziwniejszą plątaniną, by koniec końców wytoczyć ciężkie działo. Ktoś musi umrzeć.

Oglądając ten film miałam wrażenie, że ktoś tu się musiał mocno inspirować taką klasyczną tragedią, którą pamiętamy z czasów szkolnych lektur. W pewnym momencie każdy ruch bohatera jest zły. I nie ma jak ważyć, czy zło to jest mniejsze, czy większe. Każdy krok, każda decyzja powoduje lawinę kolejnych, równie tragicznych. A przy tym wszystkim narracja jest tu cholernie prosta, spokojna. Co jakiś czas pojawia się ostrzejszy ruch, ale przez większość filmu jest wręcz nudno.

Finalnie mi film nie podobał się bardzo. To było kompletnie nie to. Plus wszyscy bohaterowie doprowadzali mnie do takiej złości, że miałam ochotę ciskać piorunami. Byłam po seansie dosłownie zmęczona i wykończona. Podobno żeby zrozumieć ten film, trzeba skupić się na symbolice, na nawiązaniach, bo to kino głębokie, a nie jakieś tam Transformersy.

A gówno. Z takim „nastawieniem” można obronić każde, nawet najgorsze dzieło. „Bo nie rozumiesz fabuły, przesłania” – no, może. Może wolę, gdy twórcy wykładają kawę na ławę. Tu, z biegiem czasu, bardzo liczyłam, że Martin wszystkich pozabija, a na koniec zabije siebie.

Tagi: Zabicie świętego jelenia – recenzja, filmy recenzja, marudzenie, blog popkulturowy, blog recenzencki, recenzje filmów