ONA:

Kiedy obejrzałam film „Noah”, czułam takie niepokojące przypuszczenie, że reżyserzy, producenci i cała reszta bandy znajdą w Biblii inspiracje dla kolejnych filmów, opowiadających o losach Narodu Wybranego i całej reszty. „Noah” był filmem zaskakującym. Motywów biblijnych było tu tak akurat i naprawdę nie oglądało się tego źle. Kiedy moja rodzicielka zapytała, czy nie skoczylibyśmy z nią do kina na „Exodus” nie miałam pojęcia o czym jest to dzieło, ale wiedziałam, że to film Scotta, gra w nim Bale, więc zgodziłam się, bo zarówno kino, Scotta, Bale’a, jak i szanowną matkę, kocham niewymownie. A potem się okazało, że to dzieło o Mojżeszu. Na dodatek – musiałam je oglądać w CZY DE, a moim zdaniem robienie takich filmów w tej technologii (i oglądanie ich w małym, dość nędznawym kinie) trochę mija się z celem. Ale wróćmy do Mojżesza…

Co mogę o nim powiedzieć? Wychowałam się w „chrześcijańskich” wartościach, o dziwo udzielono mi nawet kilku sakramentów i mam na koncie lekturę tej książki, po którą nie sięgnęło 70% ludzi nazywających się „wyznawcami” tej religii. Mojżesza kojarzę. W ogóle, jeśli mogę być szczera, Stary Testament czyta się nawet fajnie. Dużo lepiej niż Nowy. Co prawda dla mnie to nadal ten sam poziom fantasy co we „Władcy Pierścienia”, czy tam innym „Hobbicie”, ale to ja. CEO Piekła. „Mojżesz to ten co dupnął krykom i Jezioro Goczałkowickie się rozstąpiło?” – tak Paulinko, ten sam.

Historia zaczyna się bardzo dawno temu, tak dawno, że jedyny przekaz na ten temat pochodzi z książki, którą każdy interpretuje według własnego uznania. Mamy Egipt, mamy faraona i jego dwór, na którym wychował się Mojżesz (Ch. Bale). Był on wojskowym, prawą ręką obecnego króla i przyjacielem następcy. Miał bystry umysł, sporą wiedzę, doświadczenie i intuicję. Sam faraon żałował, że to nie on obejmie tron po jego śmierci. Wydawać by się mogło, że przyszłość Mojżesza wśród najważniejszych osób w całym Egipcie jest zapewniona. Tylko pewnego dnia, podczas rozmów z niewolniczo pracującymi  Hebrajczykami, dowiaduje się czegoś szalenie intrygującego. Otóż chodzi o pochodzenie Mojżesza… Od tego wydarzenia zaczynają się dziać rzeczy bardzo dziwne… Mojżesz zostaje wygnany z Egiptu. Podczas wędrówki dochodzi do małego plemienia, gdzie poznaje piękną Seforę i uwija się na tyle szybko, że raz dwa i piękna panna jest już jego żoną. W Egipcie myślą, że Mojżesz nie żyje, a on żyje sobie całkiem dobrze ze swoją rodziną. Mijają lata. Położenie Hebrajczyków jest coraz gorsze, ale Mojżesz o tym jeszcze nie wie. Dopiero dziwny wypadek i „spotkanie” sprawiają, że postanawia zrobić coś z tym problemem. Zgodnie z wolą boską, która miała postać pyskatego dziesięciolatka (no dooobra, gorejący krzew też był), postanawia uwolnić Naród Wybrany z niewoli egipskiej. Zostawia więc rodzinę i wraca do miejsca, skąd został wygnany… Teraz się dopiero zacznie! Wyzwolenie 400 tysięcy osób spod jarzma hiper zadufanego w sobie nowego faraona nie jest wcale takie proste. Ale Mojżesz ma „asa” w rękawie. Taki pyskaty dziesięciolatek potrafi zrobić wiele, np. zesłać plagi.

Dziwnie się ogląda historię, którą się zna. Nie ma w niej zaskoczenia, bo przecież większość osób poznało jakiś tam przekład. Mamy więc krzew, mamy plagi egipskie, mamy przejście przez morze, a na końcu czeka na nas dekalog. Więc skoro widzowie znają fabułę, trzeba ich „wciągnąć” w opowieść innymi zabiegami. Scottowi udało się to, bo film robi wrażenie. Reżyser wrócił do starego sznytu, znanego z dzieł typu „Ben Hur” i to wszystko, co widzimy, jest po prostu przyjemne i spektakularne, ale nie ma tu przesadyzmu jeśli chodzi o efekty. Oczywiście całą robotę robi tu Christian Bale, który wykreował postać niebywale charakterną. Jego Mojżesz jest człowiekiem z zasadami (jest też absolutnie przystojny!), który nie boi się nikogo, ani niczego.

Film ten zaliczyć można do tych „długich”, ale on leci. Nie ma tu zbędnych przestoi, całość jest dość dynamiczna, a twórcom udało się przyjemnie odtworzyć spory fragment Biblii. Bardzo podobało mi się to, że to dzieło nie ma zbędnej „zadyszki” religijnej. Owszem, bóg jest, ale tu liczy się tylko główny bohater, który wcale nie jest taki pokorny.

Czy warto obejrzeć? Tak. Ja nie żałuję. Scott traktuje biblijne podania dość swobodnie, osadzając w tym temacie tylko najważniejsze wątki. Reszta jest jego wyobrażeniem. Dość mocno przypomina mi rozmachem i wykonaniem „Troję”, czyli jest ładnie i przyjemnie, ale nie liczcie na jakieś głębokie poruszenia.

Ps. Film ten dedykowany jest Tony’emu.

ON:

Biblijna opowieść o Mojżeszu może być zrealizowana na tysiące sposobów. Okazuje się, że trzeba ręki Ridley’a Scotta, by historia ta nabrała jeszcze większego rozmachu. Mamy bowiem do czynienia z typowo hollywoodzkim kinem pełnym efektów, ale nie efekciarstwa. Scott nie zagłębia się w teologiczne aspekty, które tylko są liźnięte, a jego filmowy bóg jest małym, ale mściwym chłopcem.

Znaleziony u brzegu Nilu Mojżesz został wychowany wraz z Ramzesem. Obaj byli dla siebie jak bracia. Wiele ich łączyło, a dzieliło jeszcze więcej. Ojciec Ramzesa wierzył jednak, że ich drogi nigdy się nie rozejdą. Wzajemna więź i braterstwo przy mieczu miało sprawić, że po odejściu obecnego władcy młody Faraon będzie miał lojalnego doradcę i przyjaciela. Widać różnicę pomiędzy dwoma mężczyznami. Ramzes chce już mieć władzę w swoich rękach, nudzą go dworskie problemy oraz konflikty z hebrajskimi niewolnikami. Mojżesz jest inny, każdą decyzję podejmuje po uprzednim zastanowieniu się. Los tak chce, że to właśnie Mojżesz jedzie do miasta-kamieniołomu, gdzie buduje się i tworzy na potrzeby Faraona. Na miejscu spotyka się z pysznym wicekrólem, który opływa w luksusie i nie przejmuj się za bardzo tym, co dzieje się poniżej jego pałacu. Mojżesz postanawia zejść pośród Hebrajczyków i dowiedzieć się od starszyzny czego potrzebują. Po średnio udanych negocjacjach zostaje zaproszony na wieczorne rozmowy, które “mają mu wiele wyjaśnić”. Podczas ponownego spotkania ze starszyzną, a dokładniej z jednym z jej przedstawicieli, młody generał dowiaduje się rzeczy niebywałej, której nie chce dopuścić do swojej świadomości. Nie jest prawdą, że jest synem zasłużonego egipskiego żołnierza. Jak to zwykle na królewskich dworach bywa, ta informacja trafia także do osób bardziej zainteresowanych. Szpiedzy i intrygi znane są bowiem od początków władzy. Mojżesz traci zaufanie Ramzesa i zostaje wygnany. Wyrusza w podróż, którą kończy się w miejscu mającym być jego nowym domem. Niestety, po 9 latach bóg, w którego nie wierzy, postanawia zrobić z niego swoje narzędzie. Były generał opuszcza zrozpaczoną żonę oraz syna i wraca do Egiptu, aby wyzwolić ciemiężonych współbraci.

Mojżesz Scotta nie jest staruszkiem z drewnianą laską, ale młodym facetem w sile wieku, który potrafi walczyć o swoje życie. Bóg wydaje mu rozkazy, ale nie zawsze chce ich słuchać. Nie jest ślepo posłuszny i chyba tylko dlatego został wybrany. Stwórca ze Starego Testamentu to bóg karzący i mściwy. Nie przejmuje się ofiarami i śmiercią tych, którzy mogą być niewinni. To siła, która pragnie i dostaje to, czego chce. Pomimo tego, że Scott pokazał go pod postacią kilkuletniego chłopca, bije od niego siła i żądza zemsty. To całkiem inny stwórca, niż ten, który posyła na Ziemię swojego syna, by oddał on życie za nasze grzechy.

Film trwa dwie i pół godziny. Całość się jednak nie dłuży, opowieść jest dynamiczna i brak w niej zbędnych przestojów. To chyba najmocniejsza cecha tego dzieła, nie licząc Bale’a jako Mojżesza i całej hollywoodzkiej otoczki. Trzeba przyznać, że całkiem dobrze oglądało się „Exodus” w kinie, choć efektów 3D jest w nim jak na lekarstwo. Jeśli nie macie pomysłu na wieczorny seans, to możecie się wybrać do kina.