ON:

Axel Foley to fikcyjna postać, którą znam ze swoich dziecięcych lat. Gliniarz pojawiał się na pirackich VHS-ach chyba w każdym domu, w którym znajdował się VCR. Gdy przypomnę sobie niektóre sceny z „Gliniarza z Beverly Hills”, to parskam śmiechem, nawet teraz. Wszystko dlatego, że komedie z Murphym opierały się na dialogach pełnych absurdów i sytuacji, które potrafią sponiewierać nasze mięśnie brzucha, jak bakteria rotawirusa. Na takim schemacie mieli bazować francuscy „Nieobliczalni” w reżyserii Davida Charhona. Mieli.

Rozczaruje się jednak każdy, kto szuka w tej komedii sensacyjnej scen oddających hołd dziełom lat 80-tych i 90-tych ubiegłego stulecia. Nie znajdziecie tutaj nawiązań do kupy w basenie, napierdalania się ze sztuki nowoczesnej, handlowców, gejów, czarnych, białych i bojów hotelowych. Axel to taki Fletch, tyle, że jest czarnoskóry.

Podczas jednej ze scen w „Nieobliczalnych” stylizujący się właśnie na Axla Ousmane Diakhité kłóci się z Françoisem Monge o to, kto tak naprawdę jest przykładem idealnego gliniarza. Z jednej strony pada nazwisko Murphiego, a z drugiej Jean-Paula Belmondo. Niestety, żaden z panów policjantów biorących udział w dialogu, nie dorasta wymienionym aktorom. Ousmane to raczej upośledzony Axel, który zamiast rzucać na kolana swoich przeciwników galopującymi mustangami dowcipu, przypomina psa, który liże się po własnych kulach. Monge stara się być tym gliną z klasą, bez problemu osaczającym samotne, piękne kobiety i bardziej wychodzi mu znajdowanie ich łon, niż rozwiązywanie zagadek kryminalnych. Swoim zachowaniem maskuje syndrom małego chujka, którym notabene jest.

Niestety, z przyczyn politycznych panowie Ci muszą razem współpracować. Niby mieszanka wybuchowa, a jakoś brak tego wielkiego „BUM!”. To trochę jak wystrzał z armaty, który zamiast huku robi smutne „prrrr” i przypomina pierda.

Zagadka kryminalna opiera się na dwóch filarach. Jednym z nich jest śmierć bogatej kobiety, a drugim zniknięcie pewnej grubej szychy, która zamieszana jest w nielegalne gry hazardowe. Okazuje się, że bogaczka bardzo często odwiedzała przybytek pokerowej (i nie tylko) rozkoszy. Jej ciało znaleziono pod Paryżem, w dziurze zamieszkałej przez biały plebs i czarnych uchodźców. To takie osiedla, gdzie w ryj można dostać za nic i to cegłą. Ponieważ pani była z elit, wysłano na miejsce Françoisa z paryskiej policji. To właśnie przy zwłokach martwej kobiety poznają się glina z wielkiego miasta oraz miejscowy „Axel” w bluzie ze szmateksu. Pierwsze niechęci szybko zostają zepchnięte na drugi plan, gdyż sama „góra” kładzie nacisk na wzajemną współpracę.

No i lata tak czarny Flip z białym Flapem po Paryżu i okolicach. Starają się rozwiązać zagadkę, która wydaje się być trudna, ale bardziej ogarnięty pawian dojdzie do jej finału szybciej niż ta dwójka. Możliwe, że idzie im jak po grudzie, bo próbują być śmieszni. Śmieszna może być grzybica, bo świerzbi, a im to jakoś nie wyszło. Dialogi Ousmane i jego partnera przypominają rozmowę z windziarzem w ekskluzywnym hotelu.

Ousmane wsiada do windy:
Windziarz: Dzień dobry, na które piętro?
Ousmane: Dziś zaszaleję, na 13-te!

I tak przez cały czas trwania filmu. Trochę szkoda.

ONA:

Strasznie nie lubię odgrzewanego jedzenia. Kiedy zaczęłam chodzić do liceum, a potem na studia, obiad mamusi stracił swój zapach i smak, i nie dlatego, że nagle ona zaczęła gotować źle, tylko dlatego, że musiałam jej pyszności odgrzewać. Swoją drogą Jeremy Clarkson napisał kiedyś w jakimś swoim felietonie, że największym paradoksem świata jest mikrofalówka, która po skończonym odgrzewaniu, na wyświetlaczu wyrzyguje napis „Smacznego”. Już bardziej akuratne „Smacznego” było w „Misiu”, podczas sceny w barze mlecznym. Ale do czego zmierzam – nie lubię odgrzewania. Mam uraz. I teraz, kiedy mogę na nowo cieszyć się świeżym jedzeniem, które przyrządza mi Dawid, na minutę przed moim przyjazdem do domu, jak na złość „odgrzewanie” bardzo często widzę… w filmach. Zresztą, wszyscy je widzimy! „Film twórców…”, „Humor zupełnie jak u Allena”, „Prawie jak <tu tytuł>!” A to wszystko na posterach jest tak napisane, tak pogrubione i zaznaczone, że takie pałki jak ja dają się skusić. Zresztą, z trailerami jest niewiele lepiej. Produkcje takie jak „TED” czy „Niewierni” w zapowiedziach miały WSZYSTKIE najlepsze momenty. Czyli za 3 minuty, które możemy obejrzeć na YouTube w domu płacimy tyle samo co za np. 90 minut w kinie. Zawód, rozczarowanie, rozgoryczenie, żałość… i tyle, jeśli chodzi o ten przydługi wstęp.

Do czego zmierzam – ano do tego, że bywamy uwiedzeni przez powierzchowność i nie chodzi mi tylko o ludzi. Ja kilka dni temu dałam się po raz kolejny omamić przy pomocy zdań: „Gwiazda Nietyklanych powraca w komedii” oraz „Nieobliczalni – dla nich nie ma Nietykalnych”. „Nietykalni”, czyli francuska komedia sprzed kilku lat, była jedną z lepszych, jakie widziałam. Ja autentycznie rżałam do bólu brzucha na tym filmie. Podobał mi się strasznie i polecam go nadal każdemu. Nie dziwcie mi się zatem, że dałam się oszukać… „Nieobliczalni” jednak nawet nie powinni stać obok mojego ulubieńca, gdyż są filmem beznadziejnym i nudnym. A elementów komediowych bywa więcej na wiejskiej stypie. Szczególnie, gdy grana jest ciepła wódka.

Ousmane (Omar Sy) i François (Laurent Lafitte) to dwójka gliniarzy, którzy są swoimi totalnymi przeciwieństwami. Jeden bardzo konserwatywny, drugi trochę fircyk. Gdy jeden ma mega ambicje zawodowe, to drugi pragnie sobie poużywać za pomocą koleżanek z pracy. Woda i ogień. Panowie mają zupełnie inne cele życiowe, metody pracy, plany i ambicje. Ale nagle, niespodziewanie dzieje się coś, co sprawia, że będą musieli połączyć się w jeden zgrany duet. Nic tak nie łączy jak trup. Szczególnie, gdy chodzi o nieżywą żonę polityka.

Kluczem tego filmu jest zderzenie dwóch różnych bohaterów, dwóch innych światów, dwóch sposobów na życie, w policyjno-przyjacielskiej komedio-sensacji (nie wiem ile sensu jest w tym zdaniu, ale starałam się bardzo). Od lat takie filmy powstają i będą powstawać. Uwielbiam szczególnie te z Fabryki Snów, które powstały w latach 80. Do kina europejskiego nadal podchodzę z dystansem – chociaż czasami zdarzają się perełki. Niestety, „Nieobliczalni” nie zaliczą się ani do najlepszych policyjno-przyjacielskich komedio-sensacji, ani do wartych uwagi produkcji ze Starego Kontynentu. Fabuła niby jakaś, ale nie wciąga ona, ani nie porywa. Żarty są trywialne i oklepane. Sorry, czasy Chaplina już minęły i teraz już potykanie się nie śmieszy. No właśnie – mnie ten film nie śmieszył zupełnie. Nie oglądałam go na jakimś wybitnym zawieszeniu, ale wszystko to, co pokazali aktorzy i twórcy, widziałam już wiele lat temu, w filmach typu „Zabójcza broń” czy „Tango i Cash”. A użycie na plakatach odwołań do „Nietykalnych” było po prostu ciosem poniżej brzucha.