ONA:
Fabuła filmu, który dziś zagości na Marudzeniu, jest tak abstrakcyjna, jak tylko można sobie wyobrazić. Rządzi w niej elastyczny materiał, otłuszczony brzuch, dziwne pociągi do seksownej zakonnicy i wiele innych takich. A wszystko to w jednej produkcji. To jeden z tych filmów, który przez niektórych będzie nienawidzony, a przez innych uwielbiany. Jest przerysowany do granic przyzwoitości. Jeśli mogłabym go porównać pod względem humoru, to chyba tylko „Napoleon Dynamite” byłby mu w stanie sprostać. Zresztą, trudno się dziwić, obie produkcje wyreżyserował ten sam facet.
Uwielbiam Jacka Blacka za dystans do samego siebie. Nie mamy zbyt wielu aktorów, którzy potrafią z taką pasją grać w tak durnych filmach, a Black z tego słynie. W „Nacho libre” wciela się w rolę zakonnego kucharza, któremu marzyła się od dzieciństwa kariera w sportach walki. Ale cóż, życie bywa przewrotne i zamiast wdzianka zapaśnika, wkłada on skromny habit. W zakonie zajmuje się nie tylko gotowaniem. Ma również wyjątkowy kontakt z sierotami, które tam się wychowują, zupełnie tak jak on przed laty.
Życie w zakonie dalekie jest od luksusów. Ale coś trzeba jeść, za coś żyć. Ubóstwo to jedno, nędza – to drugie. Chcąc nieco podreperować „budżet” zakonu, nasz dzielny Nacho postanawia zacząć walczyć w ringu. Pod osłoną nocy zrzuca więc habit, wciąga elastyczne gacie i zaczyna się jego przygoda.
„Nacho libre” to film, który ma więcej zalet, niż wad. Właściwie największym problemem tego dzieła jest to, że może trochę zmęczyć ten abstrakcyjny i dość ciężkawy humor, ale ja jestem zahartowana. Bawiłam się niewymownie dobrze oglądając Jacka Blacka w legginsach, lejącego się po mordach z innymi, równie dziwnymi kolesiami. Ten film ma swój klimat, który jest bardzo ciepły i uroczy. Oczywiście, całą uwagę skupia na sobie Black, ale przecież na tym produkcje z jego udziałem polegają. Uwielbiam jego dystans do samego siebie, uwielbiam, że potrafi się śmiać nawet z własnego trzęsącego się brzuchola. Osadzenie historii w jakieś zapadłej dziurze w Meksyku też ma swoje plusy, a to, że całość związana jest z klasztorem i naszemu głównemu bohaterowi na widok apetycznej zakonnicy chodzą mrówki po gaciach, dodaje kolejnych smaczków. Zastanawiamy się, czy ściągnie jej jezusowego sim-locka, czy nie… Ale dla mnie jednak największą zaletą „Nacho libre” jest muzyka. Dla samej ścieżki muzycznej warto to dzieło obejrzeć, ale pod warunkiem, że lubi się dość ciężkawe, chamowate komedie, w których nie ma absolutnie sensu, za to jest dużo rubasznego śmiechu.
ON:
Jack Black to dla mnie osoba, która w dupie ma wszystko. Gra w filmach różnorakich, czasem lepszych, czasem gorszych, ale potrafi się śmiać sam z siebie i olewa konwenanse. Powadzi różnego rodzaju gale, jest nieobliczalny, wraz ze swoim łysym przyjacielem Kylem Gassem odpierdzielają skecze nietuzinkowe.
Dziś będzie o produkcji, za którą stoi wytwórnia Nickelodeon. Niech was jednak nie zmyli ten znaczek. Opowieść, w której Black zagra główną rolę, nie jest bajka, ale nie jest też filmem w pełnym znaczeniu tego słowa. Nie wiem, czy nie ma mu bliżej do komedii stylizowanej na… – no właśnie zastanawiam się cały czas na co. Jest tutaj humor i to czasem potrafiący rozśmieszyć, jest jakaś tam historyjka, a wszystko zaprawione meksykańską zupą i nachosami. Trochę brak w tym wszystkim pikanterii, ale Black doprawia całość własnym sosem.
Nacho (Black) to sierota wychowana przez zakonników. Mała meksykańska mieścina jest jego domem, a dokładniej mówiąc klasztor nieopodal miasteczka. W ścianach tego przybytku znajduje się sierociniec. Wiadomo: Meksyk, siedlisko brudu, smrodu i ubóstwa. Tutaj lepiej oddać dzieciaka do przytułku, niż trzymać go w domu. Nacho nie pasuje do klasztornych murów. Od małego interesował się wrestlingiem, ale to sport grzeszny i zabroniony. Zamiast na ringu Nacho walczy w kuchni, starając się przygotować z tego co jest jedzenie dla mieszkańców boskiego przybytku. Jednak natura ciągnie wilka do lasu. Każdy wypad do pobliskiego miasteczka kończy się bardzo podobnie. Zakonnik przygląda się wrestlerom, podziwia ich maski, chce być taki jak oni. Nie dla psa kiełbasa. Bo co ma na ringu robić koleś, któremu bezdomny zapitolił nachosy przeznaczone dla dzieciaków? Plakaty wodzą jednak na pokuszenie, wysoka nagraoda kusi, a wszystko w dobrej wierze. Kucharz i pomywacz chce wygrać zawody po to, aby nakarmić sieroty, by kupić autobus, którym będą jeździć na wycieczki. Prosty i naiwny plan zakłada, że Nacho Libre (bo tak będzie się zwał na ringu nasz bohater) będzie miał partnera w postaci tej wychudzonej łajzy, co mu nachosy zapierdzieliła. Tak zaczyna się wspólne gwiazdorzenie na ringu.
Nie chcę jechać po tym filmie. To z założenia miało być głupie i takie jest. Black jest śmiechawy, głupkowaty, jak cała reszta. Jak pisałem wcześniej, brak temu dziełu pikanterii, ale może doda jej flaszka wódki obalona podczas seansu?
