ON:

Dziś zabieramy się za drugą część przygód Rocky’ego Balboa. Kontynuacja okazuje się solidnie nakręconą produkcją, która tak naprawdę skupia się na postaci  boksera, na jego fobiach, klęskach i sukcesach, a nie na samej walce. Choć przyznać trzeba, że staje się ona wisienką na torcie.

Dlaczego „Rocky 2” jest dobrym filmem? Bo ta historia jest tak poprowadzona, zagrana i wyreżyserowana, że wydaje się być prawdziwą. Rocky po walce z Apollo Creedem ląduje w szpitalu, lekarze nie dają mu zbyt wiele szans na kontynuowanie kariery bokserskiej. Facet się kuruje i postanawia zrezygnować z zawodowego boksu. Po wyjściu z „umeralni” oświadcza się Adrian, za zdobyte pieniądze kupują mieszkanie i razem zaczynają wieść całkiem dobre życie. Niestety, wszystko do czasu. Okazuje się, że Rocky w reklamach się nie sprawdza, bo jego znajomość czytania jest nijaka, pieniądze szybko zaczynają się kończyć, a no zmuszony jest do podjęcia jakiejkolwiek pracy. Ląduje najpierw w rzeźni, gdzie pracuje Paulie, a następnie na starej hali, tam gdzie ćwiczył do pierwszej walki z Creedem.

Zataczając koło Rocky cofnął się w swojej karierze. Wrócił na dno, może nawet jeszcze niżej niż był na początku. Zbiera wiadra wypełnione ludzką plwociną, zmywa podłogi. W międzyczasie Adrian zachodzi w ciążę, a podczas porodu, który przebiega bardzo problematycznie, zapada w śpiączkę. Bokser pozostaje sam ze wszystkimi problemami. W całym problematycznym czasie pojawia się znów Apollo Creed chcący rewanżu, ponieważ z lewa i prawa dochodzą głosy, że walka była ustawiona. Balboa unika konfrontacji jak tylko może, ale przed przeznaczeniem nie można uciec.

Stallone sam napisał scenariusz, wyreżyserował film i zagrał w nim główną rolę. Kontynuacja ta jest naprawdę dobra. Rocky potrafi jedno – boksować. Musi więc poradzić sobie z problemami w tylko ten sposób jaki jest mu najbardziej znany – na ringu. Pozostawiony sam sobie, w chwili gdy żona leży w szpitalu, jest zagubionym chłopcem. Na nic walka trenera i Pauliego. Rocky chodzi jak duch, ale gdy tylko widzi powracającą do zdrowia ukochaną, wchodzi w niego nowe życie, pojawia się „Włoski Ogier”.

Podczas seansu nie nudziłem się i pomimo tego, że znam ten film, nadal oglądałem go z lekkim napięciem. To naprawdę dobre kino, które pojawiło się na chwilę przed tym, jak moja blada dupa wyszła na świat. Warto, klasyk!

ONA:

Po spektakularnym sukcesie pierwszej części przygód charakternego boksera – Rocky’ego Balboa, szkoda było zabić kurę, która zaczęła składać złote jaja, więc 3 lata później, w 1979 roku widzowie mogli obejrzeć ciąg dalszy historii, która poruszyła wszystkich.

Rocky po przegranej walce z mistrzem, Apollo Creedem, wcale nie przestał być popularny. Nie, wręcz przeciwnie – on dopiero zaczął! Pół-amator, który wytrzymał na ringu przez 15 rund i przegrał na punkty z numerem jeden? To się zbyt często nie zdarza. Niestety, po walce okazuje się, że Rocky’emy grozi ślepota i każdy kolejny cios zadany w walce może przyczynić się do trwałego kalectwa. Taki wyrok u progu kariery brzmi strasznie. Na szczęście w sferze prywatnej wszystko układa się tak, jak powinno. Razem z nieśmiałą Adrian decydują się na ślub i oczekują na potomka. Rocky jest szczęśliwy. Co prawda nie udaje mu się szturmem robić kariery w reklamie, bo strasznie myli teksty, ale w rzeźni się sprawdza. Brzuch rośnie, praca jest i wtem wszystko się sypie, zupełnie jak domek z kart. Najpierw ex-bokser traci pracę. Ot, przeciętna redukcja etatów. Potem w śpiączkę po porodzie zapada Adrian. I znowu zostaje wezwany na ring przez Apollo, bowiem wszyscy twierdzą i zarzucają mistrzowi, że walka była ustawiona. Brak kasy i honor sprawiają, że Rocky decyduje się stanąć jeszcze raz oko w oko z Creedem…

Bardzo przyjemnie się tę cześć ogląda, przyznaję bez bicia. To taka trochę „przypowieść” o kruchości sukcesu i o tym jak ciężko na niego się pracuje. W tej części bardzo podoba mi się to, że Rocky Balboa to paradoksalnie wcale nie jest tylko bułą mięśni i może nie ma wybitnego poziomi intelektualnego, ale jest on mądry życiowo. Ta część jest dużo bardziej dramatyczna. Mamy tu więcej przeżyć, więcej wątpliwości i zdecydowanie więcej trudnych wyborów. Po raz kolejny ten film wygrywa tym, że można się utożsamić z bohaterem, bo przecież to wcale nie musi być boks. Nazwanie filmów z tej serii wyłącznie „sportowymi”, baaardzo mocno je krzywdzi. To filmy o życiu i całej jego palecie emocji.