ONA:
Francuskie kino, a dokładnie mówiąc komedie, po spektakularnym sukcesie „Nietykalnych” wpadło na dobre tory. Co prawda żadnej komedii, która powstała po tym filmie, nie udało się dogonić dzieła duetu Nakache i Toledano, ale i tak było sympatycznie. Pod koniec zeszłego roku do polskich kin weszła produkcja, która mimo zupełnie innego wydźwięku, jest równie dobra, co historia sparaliżowanego bogacza i jego opiekuna. Polecił nam ten film znajomy, który ponoć zalewał się łzami i brechtał do utraty tchu. Tak, taka reklama mi wystarczy.
Daleka jestem od określania osób tylko i wyłącznie po takich bzdurach jak kolor skóry, orientacje seksualne, pochodzenie czy wyznanie. W ludziach szukam dobra – może to brzmi banalnie, ale tak właśnie jest. Jestem białą europejką, do tego wychowaną w religii chrześcijańskiej (z którą nie mam zbyt wiele wspólnego), mam pracę, mam rodzinę, płacę podatki i nikt nie zmusza mnie do ślubu (poza mamą), więc łatwo mi mówić o „tolerancji”. Tymczasem wyobraźcie sobie jak „ciężkie” życie ma Claude Verneuil, zamożny Francuz, katolik, człowiek z ideałami, a do tego patriota z wiarą, ojciec czterech pięknych córek, które wiążą się kolejno z: żydem, muzułmaninem o nieco ciemniejszej karnacji i Azjatą. Każdy z nich chce w swojej świeżo założonej rodzinie pielęgnować i te tradycje, w których się wychował. Dla każdego z zięciów temat wiary, obyczajowości i zwyczajów jest bardzo istotny, a przy rodzinnym stole – no cóż, to powód dziesiątek kłótni. Właściwie sprzeczają się wszyscy ze wszystkimi. Ten obrzezał syna w 6 dniu, tamten ma napletek i żyje sobie z nim od lat w szczęściu, Jezus nie był bogiem, tylko prorokiem, no i już nie wspominając o odwiecznej walce pomiędzy żydami a muzułmanami, która toczy się od setek lat i chyba nigdy się nie skończy. A, i dodajmy do tego naszego poczciwego Claude’a, któremu bebechy wykręcają się na drugą stronę przez wybory i miłości córek. Ale właśnie – jeszcze została jedna. Kiedy ostatnia pociecha informuje rodziców, że tak – ma faceta, do tego katolika, wszyscy są super szczęśliwi. No co prawda mężczyzna jest aktorem, a to marny zawód, ale religia się zgadza i nareszcie będą mogli odprawić ślub w ich kościele. Niestety, kobieta zapomina o jednym, małym szczególe. Wybranek jej serca jest… czarnoskórym emigrantem z afrykańskiego państwa…
No nie powiem – można się przy tym filmie naprawdę pośmiać. To nie są bujdy, no chyba, że ktoś ortodoksyjnie należy do jednego z wyżej wymienionych wyznań i żarty o napletkach go bulwersują. Dla wszystkich innych – to pozycja obowiązkowa. To prawdziwa chamska, ale przy tym szalenie inteligentna komedia o ludziach i ich stereotypowym podejściu do świata. Tu nie tylko Claude jest „problemem”. Okazuje się, że wszyscy mamy jakieś uprzedzenia i durne animozje za uszami. Na szczęście, w całej tej gorzkiej prawdzie, mamy też inną, dużo ważniejszą niż to, czy ktoś ma ten pieprzony napletek z powodu religii, higieny czy jeszcze czegoś innego.
Polecam. Bardzo dobre kino, bardzo śmieszne i mimo lekkości – dające do myślenia.
ON:
Jakiś czas temu jeden z moich przyjaciół, który zupełnie nie ma czasu na seanse na dużym ekranie, wyrwał się z żoną do kina. Dzieciaki oddali w ręce teściów i na chwilę mogli oddać się rozrywce. Kilka tygodni temu podczas rozmowy telefonicznej polecił mi film, który oglądali. Była to francuska komedia „Za jakie grzechy, dobry Boże?”.
Jak wiadomo komedie francuskie dzielą się na te genialne i na te, które lepiej omijać z daleka. Okazuje się, że ta zalicza się do pierwszej kategorii. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz, mianowicie te najlepsze europejskie filmy komediowe, są śmieszne dlatego, że naśmiewają się wszystkich przywar, ludzkich błędów, a także koloru skóry, wiary i pochodzenia.
„Za jakie grzechy, dobry Boże?” opowiada historię małżeństwa Verneuil. Claude i Marie są bogobojnymi katolikami, chrześcijanami, których bozia obdarzyła czterema pięknymi córkami. Problem zaczął się w momencie ich zamążpójścia. Pierwsza wyszła za Żyda, druga za Araba, a trzecia za Azjatę. Jedynie czwarta córka nie może sobie znaleźć ukochanego, a dokładniej rodzicie nie znają jeszcze jej ukochanego. Jest nim bowiem czarnoskóry Charles Koffi. Trzy poprzednie małżeństwa doprowadziły rodziców praktycznie do zawału, to co dopiero będzie jak dowiedzą się, że ich zięć ma afrykańskie korzenie?
Claude Verneuil nie może przeboleć takiej zniewagi rodzinnego ogniska. Na każdym kroku podkreśla jak różne są ich kultury i jak wiele trzeba, aby wszyscy żyli w zgodzie. Jego niechęć wywołuje kłótnie pomiędzy bliskimi. Po którymś wspólnym obiedzie jego żona postanawia przemówić mu do rozsądku. Zmusza go do odpuszczenia, stopowania się i budowania dobrych relacji. Najlepszym czasem na to przedsięwzięcie mają być wspólnie spędzone Święta Bożego Narodzenia. Okazuje się, że odrobina spuszczenia pary z gwizdka pozwala, na budowanie wspaniałych relacji. Wszystko idzie jak z płatka, ale ostatniego dnia “samotna” córka postanawia podzielić się z rodzicami informacją o swoich zaręczynach. Staruszkowie przyjmują tę informację z ogromną radością, może dlatego, że młoda zapomniała im wspomnieć o kolorze skóry ich przyszłego zięcia. Tak oto zaczyna się jazda, szczególnie że ojciec Charlesa to ciemnoskóra kopia Claude’a.
Kurde, uśmiałem się jak głupi. Ta komedia nie bierze jeńców. Każda scena to szydzenie z czegoś lub kogoś. To z obrzezania, to z żydowskiej bezradności, to z Chińczyków, to zaś z czarnoskórych. Spokojnie, białym też się obrywa.
Fenomenalny jest Christian Clavier w roli ojca czterech dziewcząt. Czasem przypomina takiego starszego pana tupiącego nóżką. Przecież to on wie najlepiej, jak powinna wyglądać idealna rodzina. Nie można nić ująć Chantal Lauby, która wspiera swojego ukochanego męża. Z jednej strony dostojna dama, z drugiej oddana pani domu, która rozdarta jest pomiędzy mężem a dziećmi. Ale najlepszym duetem okazuje się Pascal N’Zonzi, grający ojca czarnoskórego pana młodego i wspomniany Christian Clavier. Każdy przecież wie lepiej co jest dobre dla dzieci i rodziny.
„Za jakie grzechy, dobry Boże?” to świetne relaksujące kino.
