ONA:

No powiem Wam szczerze, że do sequeli podchodzę z dużą rezerwą, bo one niestety, szczególnie jak poprzednik był komercyjnym hitem, na ogół są odgrzewanym kotletem, nakierowanym tylko na zarobienie kasy, ogrzewając się w blasku chwały sprzed ostatniego czasu. I to jest właściwie durne, bo przecież każda kolejna część powinna być lepsza. W końcu trzeba uczyć się na błędach… I wiecie co? Tym razem tak właśnie jest. „Szefowie wrogowie” był filmem, przy którym skręcałam się ze śmiechu, ale druga część to prawdziwa petarda.

Panowie, których poznaliśmy 4 lata temu: Nick (Jason Bateman), Kurt (Jason Sudeikis) i Dale (Charlie Day), jakimś „cudem” wykaraskali się z problemów ze swoimi szefami. Teraz są na prostej. Zakładają firmę, chcą sprzedawać fajny produkt i nawet znajdują inwestora. Są super szczęśliwi. Zatrudniają ludzi, ruszają z produkcją i wtedy „medyceusz”, który miał rozpruć wór z kapuchą – pan Bert Hanson (Christoph Waltz) mówi, że chyba jednak nie ma ochoty na dalszą współpracę. Tak po prostu. Co zatem postanawia nasza lekko durnawa trójeczka? Coś po prostu genialnego! Chcą porwać syna niedoszłego inwestora, zainkasować okup i jakoś wyciągnąć się z tej biznesowej dupy, w którą wpadli… Co się okazuje, syn potentata, Rex (Chris Pine) również ma ochotę podoić nieco tatusia, więc już we czworo próbują sfingować całą akcję, a potem cieszyć się spokojem i dużą ilością papierków z podobiznami amerykańskich prezydentów. Oczywiście nic nie idzie po ich myśli…

Wydawać by się mogło, że mamy do czynienia z klasyczną komedią pomyłek i właściwie tak też jest. Ale ta komedia jest cholernie zadziorna i niepoprawna. Oczywiście Bateman, Sudeikis i Day grają kompletnych debili, przy czym każdy kolejny jest jeszcze bardziej skretyniały od poprzednika, ale to, co dzieje się na drugim planie, to już totalna masakra. Tu przede wszystkim rządzi Kavin Spacey, w roli ex-szefa, siedzącego aktualnie w więzieniu i Jennifer Aniston, która tą rolą bije swoje wszystkie inne, pokazując jak nie tylko, że jest seksowna, ale i ma ogromny dystans do siebie. Damn, nienawidzę tej suki.

Jeśli zdecydujecie się wrzucić drugą część filmu „Szefowie wrogowie” do czytnika, to czeka na Was prawdziwa jazda bez trzymanki. Jest totalnie niepoprawnie, wręcz wulgarnie i wszystko jest jeszcze bardziej podkręcone, niż w części poprzedniej. Dla mnie, osoby, która bardzo lubi bezczelny i chamski humor, jeżdżący po wszystkim i wszystkich, tego typu produkcje są rewelacyjne. Oczywiście, co wrażliwszą osobę może to dotknąć, że tak, a nie inaczej, zachowują się bohaterowie, takie, a nie inne teksty płyną wprost z ekranu – i im zdecydowanie odradzam film, w którym jeden z bohaterów ma na imię Matkojebca. Natomiast jeśli nie przeszkadza Wam inteligentnie rynsztokowy dowcip, ani to, że seksu i przekleństw jest tu mnóstwo – to polecam. Uśmiejecie się go bólu brzucha.

ON:

Najlepsze w byciu szefem dla samego siebie jest to, że jesteśmy sterem, żeglarzem i rybą. Żaden facet z małym chujkiem nie wydrze na Ciebie pyska tylko dlatego, że nie dała mu żona lub dlatego, że w drodze do pracy ktoś wyprzedził jego wypasione auto. To właśnie bossowie doprowadzają ludzi do ostateczności. Nie znając granicy tłamszenia, dziwią się, że pewnego dnia, ktoś daje im w ryj. Podobnie było z Nickiem, Kurtem i Dale’em, którzy postanowili wyrwać się ze szponów strasznych szefów i założyli własny biznes. Dokładniej rzecz biorąc w trójkę wymyślili śmieszne urządzenie do mycia i zaczęli szukać inwestora.

Tak zaczyna się kontynuacja średniej komedii pt. „Szefowie wrogowie”. Dobrze znana trójka nieudaczników postanawia sama wypłynąć na szerokie i głębokie wody kariery. Mają pomysł, mają produkt, nie mają tylko kasy. Ważne, że udało im się dostać do telewizji śniadaniowej, gdzie chwalą się swoim wynalazkiem. Nie trzeba było długo czekać, by zadzwonił do nich inwestor. Face chce kupić od nich urządzenie. Zainteresowanym jest niejaki Bert Hanson, obiecuje on odkupienie ogromnej partii śmiesznego prysznica, jeśli tylko dotrze ona na czas. Trójka kumpli robi wszystko, by wywiązać się ze swojego zobowiązania. Na kilka dni przed terminem odwiedzają Berta, który oznajmia im, że wszytko było dobrze przemyślanym posunięciem, które miało ich zniszczyć. Ponieważ mężczyźni nie będą mieli za co spłacić kredytu, ich firma upadnie, a Bert wylicytuje na aukcji ich towar za grosze, a wraz z towarem zakupi także prawa do patentu. Można powiedzieć: niezłe gówno.

Co robi Nick, Kurt i Dale? Zaczynają szukać rozwiązania, a jedyne jakie nasuwa im się do głowy, to porwanie syna bogatego biznesmena i zażądanie za niego okupu. Plan jest banalny, szkoda tylko, że wprowadza go w życie trójka kretynów. Jedynie Nick wykazuje odrobinę pomyślunku, ale duet Kurt i Dale potrafią swoim zachowaniem zgnoić każdy misterny pomysł kumpla. Zaczyna się mocne kombinowanie, które nie przynosi nic dobrego.

„Szefowie wrogowie 2″ wydają mi się dużo lepszym filmem niż poprzednik. Jest tutaj wszystko to, co widzieliśmy wcześniej, plus pojawiają się nowe osoby. Kevin Spacey nadal rządzi, trójka kumpli to nadal banda kretynów, a seksowna Jennifer Aniston cały czas wygląda cholernie ponętnie. Wydaje mi się także, że ta część jest dużo ostrzejsza niż poprzedia, przede wszystkim pod względem językowym. Wychodzi to tej produkcji na dobre. Ponieważ mam do czynienia z kinem raczej dla dorosłego widza, nikogo nie zawstydzą ostre żarty, np. porównanie penisa do łba mrówkojada. Dla mnie to naprawdę 100 minut dobrej zabawy, a kilka skeczy jest mega mocnych. Jeśli podobała się wam część pierwsza, to spokojnie możecie obejrzeć kontynuację.