ONA:
Są tacy, którzy twierdzą, że Nicholas Cage jest najbardziej przereklamowanym aktorem świata. Poza tym – ponoć bierze wszystko, każdą rolę, na której jest w stanie zarobić miliony monet. I niby zawsze gra tak samo… A ja i tak go lubię. Szczególnie gdy wchodzi w role lekko piźniętych kolesi, po których nigdy niczego nie wiadomo.
Na „Naciągaczy” trafiliśmy przypadkiem. Coś mi krążyło po głowie, że już chyba ten film widziałam, ale to nic. Mieliśmy ochotę na produkcję z Samem Rockwellem, a ta wyglądała na fajną. I tym oto sposobem weszliśmy w świat naciągaczy – ludzi, którzy zawodowo kombinują tak, by kogoś wycyckać z kasy. I trzeba przyznać – robią to perfekcyjnie. Roy (N. Cage) i Frank (S. Rockwell) to właśnie tytułowi naciągacze. Nie ma takiego zlecenia, którego nie mogliby zrobić. Oszukują wszystkich, ale z ich umiejętnościami i poziomem zawodowstwa – szkoda bawić się w jakieś nędzne sumy. Tu trzeba zawalczyć o walizki i torby wypełnione zielonymi. Trzeba skroić tych najbardziej nadzianych! Nowy cel wydaje się łatwiutki do załatwienia… Tymczasem…
Tymczasem w życiu Roy’a, który jest osobą baaardzo specyficzną i dziwną, żyjącą w swoim hermetycznym i sterylnym świecie, pojawia się Angela – jego córka. Kilkanaście lat temu mężczyzna wpadł między uda pewnej piękności, a owocem tego była właśnie ta nastolatka. Okazuje się, że tych dwoje, po bardzo burzliwych początkach, które wyglądały trochę na zasadzie „Hej, nazywasz się Roy? Jestem Twoim dzieckiem i chcę z Tobą zamieszkać!”, zaczyna całkiem sensownie układać sobie życie. Jego świat w bólach, ale mimo wszystko, przyjął spontaniczną dziewuchę, a i pojawiły się dziwne, dotąd niespotykane uczucia. Roy zaczął odnajdować się w roli ojca. Nawet chodziło mu po głowie, by załatwić prawną opiekę sądownie… Jednocześnie przestał ściemniać córce, że zajmuje się antykami i nawet pokazał jej kilka sztuczek… Co się okazuje – mała ma talent! I nawet przyda się podczas wrabiania pewnego kolesia…
„Naciągacze” mimo trochę oklepanej fabuły, okazuje się być całkiem udanym filmem, który świetnie łączy komedię z sensacją w wersji light. To jeden z tych dzieł, które się po prostu ogląda. Nawet jest tu jakiś tam element zaskoczenia, a widz robi „Awww” kiedy widzi jak główny bohater zmienia się pod wpływem córki, która wprowadza chaos w jego poukładane życie. To nie jest produkcja, o której mówi się, że jest genialna, że porusza, daje do myślenia itp. Nie oszukujmy się – ani Cage, ani Rockwell nie są aktorami, którzy swoimi rolami sprawiają, że ludzie chcą wywrócić życie do góry nogami. Ale okazuje się, że takie kino sprawdza się po prostu rewelacyjnie po ciężkim dniu, kiedy chcesz zdechnąć na kanapie z paczką ciastek, by powiedzieć „Jesteście otoczeni” i zjeść je wszystkie przy pomocy paszczy. Takie filmy też są fajne i wartościowe, bo jeśli dzięki nim udało Ci się wyłączyć głowę i przestać myśleć o gównie życiowym, to spisały się one na medal.
ON:
„Naciągacze” Ridleya Scotta są dziełem lekkim i mało widowiskowym, ale nie znaczy to, że złym. To kino inne, odstające od reszty produkcji, jakie wyszły spod rąk tego reżysera. Chwilowa odskocznia od epickich tworów, takich jak „Helikopter w ogniu”, czy też “Gladiator”. Film ten przypomina mi kilka innych dzieł, które posiłkują się podobnym schematem i budową. Specjalnie nie będę podawał ich tytułów, aby nie zepsuć Wam przyjemności z oglądana tej opowieści.
Roy Waller to rasowy oszust i naciągacz. Wraz ze swoim „wychowankiem” Frankiem Mercerem robią przekręty na ciężką kasę. Wkręcają naiwniaków w kupony i loterie, w radiowe konkursy i całą masę dziwnych rzeczy, w które nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy. Panowie kręcą na boku ten swój biznes, ale nadal nie daje on wystarczającej kasy. Roy coś tam odłożył, ale Frank ma już trochę gorzej, ale nie oznacza to, że je suchy chleb i pije wodę z kranu. Po prostu przyzwyczaili się do pewnego poziomu życia i starają się z niego nie rezygnować.
Trzeba dodać, że Waller ma pewną przypadłość, która przeszkadza mu czasem w codziennym funkcjonowaniu. To swoisty zestaw natręctw, do którego dochodzi jeszcze strach przed otwartymi przestrzeniami. Aby radzić sobie z tego typu schorzeniami – łyka piękne pigułki, które przepisał mu szemrany lekarz. O dziwo trochę pomagają.
Obaj kumple marzą o skoku życia, jednej akcji, która ustawi ich na długi czas. Powoli zaczynają zmiękczać niejakiego pana Frachette, który chce szybko dorobić się większej kasy. Gdy już pętla zaczyna zaciskać się na szyi ofiary, okazuje się, że Waller będzie musiał poradzić sobie z nowym problemem, a mianowicie z nastoletnią córką, która niespodziewanie pojawia się w jego życiu.
Pomysł na scenariusz nie jest wyjątkowo nowatorski, ale sympatycznie się ten film ogląda. Nicholas Cage jest zakręcony i nieprzewidywalny, Sam Rockwell psychodeliczny, a reszta obsady, pomimo tego, że mniej znana – daje radę. To trochę kino gangsterskie z odrobiną komedii. Mając na myśli gangsterkę mówię o ekipie, która ma świetny plan i nikogo nie będzie zabijać. Wykołują oni swoich przeciwników w sposób wyjątkowo wyrachowany.
Scott naprawdę nieźle odrobił swoje zadanie domowe i pokazał, że w lekkim klimacie sensacyjnym czuje się tak samo dobrze, jak w epickich opowieściach. Warto.
