ON:

„Źródło nadziei” chciałem obejrzeć ja. Paulina już na trailerach w kinie kręciła się i przewracała oczami. W końcu udało mi się ją namówić na seans. Dziś pewnie okaże się, że oglądaliśmy dwa różne filmy. Dramatyczna opowieść o ojcu, który stracił wszystko poza nadzieją, przemawiała do mnie dużo bardziej, niż do niej. 

I Wojna światowa i bitwy prowadzone na ziemiach tureckich, to temat dość rzadko występujący w we współczesnej kinematografii. Russell Crowe postanowił się zabrać za historię dziejącą się właśnie w tamtych rejonach. Nim jednak poznamy głównego bohatera, musimy zapoznać się rysem historycznym, który prowadzi nas pod Gallipoli, gdzie wojska australijskie i tureckie stoczyły krwawe bitwy. W tym miejscu po raz ostatni widziano trzech synów Connora, australijskiego farmera.

Od bitwy minęło kilka lat. Żona Connora nie potrafi sobie poradzić z utratą dzieci, co prowadzi do kolejnej śmierci, a jej mąż Joshua został zupełnie sam. Postanawia więc opuścić Australię i wyrusza do Turcji, by odszukać ciała poległych „chłopców”. Na miejscu poznaje zupełnie inny świat. Brytyjscy okupanci nie są tu mile widziani, a tacy jak on, to tylko problemy. Dodatkowo wojskowa biurokracja uniemożliwia mu wszczęcie poszukiwań i wyruszenie w rejony Gallipoli. Pomimo zakończonych działań wojennych, cały czas trwają tutaj niepokoje, które mogą narazić przyjezdnych na niebezpieczeństwo. Nim Connor wyruszy dalej, zatrzymuje się w małym hotelu, prowadzonym przez piękną kobietę. To jej syn doprowadził podróżnika w te progi. Początkowa niechęć do Australijczyka, która dosłownie wypływa z kobiety, z czasem mija, gdyż okazuje się, że ma ona do czynienia z mężczyzną prawym i oddanym swoim bliskim. Po kilku dniach Connor dociera na miejsce bitwy, gdzie prawdopodobnie zginęli jego synowie. Na miejscu spotyka nie tylko brytyjskich  żołnierzy, ale także Majora Hasana, brutalnego dowódcę, który dowodził tureckimi wojskami. Hasan jest teraz inną osobą, która musi współpracować z brytyjskim najeźdźcą. Tutaj także Joshua dowiaduje się jeszcze jednej rzeczy. Jest duże prawdopodobieństwo, że jeden z jego synów nadal żyje.

„Źródło nadziei” jest filmem bardzo spokojnym, a z racji tematu oraz surowej plastyki porównałbym przygody Connora do przygód Corto Maltese. Turcja jest malownicza i niebezpieczna, a jej kobiety słodkie i jednocześnie mordercze. Każdy krok należy przemyśleć, szczególnie, gdy u bram stoją Grecy, który też chcą walczyć o swoje. Czy warto poświęcić mu trochę czasu? Ja uważam, że na pewno. Crowe jest przekonujący, a piękna Olga Kurylenko potrafi skraść nie jedno męskie serce. Wszystko doprawione jest odrobiną orientu i nie do końca zrozumiałymi dla współczesnych czasów ideałami.

ONA:

Czasami, mimo że staram się bardzo z tym walczyć, mam tak, że zniechęcam się od razu do czegoś, chociaż jeszcze tego nie „poznałam”. Dotyczy to książek, filmów, danego rodzaju jedzenia i przede wszystkim muzyki. O ludziach przecież nie muszę wspominać… Zatem gdy zobaczyłam trailer do „Źródła nadziei”, najnowszego filmu Russela Crowe, w którym nie tylko zagrał główną rolę, ale i pobawił się w reżysera, myślałam, że urodzę jeża. Jakoś tak totalnie chaotyczne mi się wydało to, co pokazano w zapowiedzi, że zabolały mnie momentalnie wszystkie zęby. I wtedy padły „TE” słowa. „Chcę na to pójść do kina…”

Oczywiście najpierw wyszły braki historyczne, ale można mi to wybaczyć, bo kiedy w LO powinnam się uczyć tego, co działo się podczas I Wojny Światowej, ja byłam dużo bardziej zainteresowana anatomią i biologią pewnego wysokiego blondyna z niebieskimi oczami. No cóż, natura nie wybiera. Tymczasem fabuła w filmie krąży wokół bitwy o Gallipoli, a raczej po skutkach działań wojennych. Troje braci Connor wyrusza na wojnę i żaden z nich nie wraca. Mijają lata. Cierpienie w rodzicach jest nie do opisania… Załamana matka popełnia samobójstwo, a ojciec, Joshua (R. Crowe) wyrusza w nieznane, by poznać losy swoich dzieci. Jest gotowy na każdą prawdę, ale po prostu chce wiedzieć co się z nimi stało… W Turcji Australijczyk nie jest zbyt lubiany. Jest wrogiem. Ciężko mu odnaleźć się w tamtych realiach, ale koniec końców – tam też są tylko ludzie. Poznaje piękną Ayshę (Olga Kurylenko), która samotnie wychowuje syna i prowadzi hotel. Jej mąż również nigdy nie wrócił spod Gallipoli…

Przepełniona pokorą mogę przyznać, że ten film nie jest zły. To opowieść o ranach, które nigdy się w pełni nie zabliźnią, o utracie bliskich, o wojnie przeciwko komuś i przeciwko samemu sobie. Jest tu sporo emocji, które wypełniają piękne kadry, wręcz baśniowe. Jest świetnie zagrany, a sama historia jest również wyjątkowa. Mam tylko jedno ale: ten film straszliwie się dłuży. To strasznie męczy, bo nie ma w nim za bardzo akcji – jest trochę za bardzo przegadany i za bardzo rozemocjonowany w takim oklepanym formacie.

Crowe jest świetnym aktorem i chyba marzy mu się reżyserska kariera w stylu Eastwooda. Wybrał bardzo intrygującą historię, w trochę „zapomnianej” epoce, pokazał, że „technicznie” ma oko (chociaż jest ono bardzo „zwykłe”) i poprowadził fabułę od A do Z. Brakuje nieco mistrzowskiego szlifu, takiego, który jest znany z filmów, w których on grał i które przyniosły mu sławę.