ONA:

Pomysł na tydzień z bajkami wprost ze stajni Disney’a chodził nam po głowie już dosyć długo. Zatopienie się w świecie tych historii to idealne lekarstwo na wszelkie bolączki i problemy. Wreszcie zmobilizowaliśmy się, wybraliśmy 7 pozycji i cały ten tydzień spędzimy z bajkami. Najlepiej! A że rozrzut mamy spory, to sięgniemy nawet po pozycje z lat 50. ubiegłego wieku. Swoją drogą – mi te właśnie animacje ogląda się najlepiej. Po moim ciele i umyśle rozlewa się błoga fala rozkoszy i momentalnie wracam do dzieciństwa.

Zaczynamy od pozycji dla mnie wyjątkowej. „Alicja w Krainie Czarów” to bardzo ważna książka w moim życiu. Do tego stopnia ważna, że poświęcam jej całą lewą rękę i jestem już w 1/3! Disneyowska wersja przygód Alicji jest moją ulubioną. Wszystko tu jest idealne, mimo, że ma ona aż 64 lata! Tak! Nie przeczytaliście źle. Powstała ona w 1951 roku.

Alicja to urocza dziewczynka, którą interesuje wszystko, poza nauką. Jej wyobraźnia jest ogromna, podobnie jak ciekawość świata. Trudno więc się dziwić, że gdy zobaczyła w ogrodzie białego i do tego mówiącego królika – wnet pognała za nim. Świat, który się jej ukazał, był jednak zupełnie inny od tego, którego znała. Gadające drzwi, magiczne napoje i ciasteczka, kot, który znika i niezbyt sympatyczna dżdżownica – to na początku. Potem czeka na nią szalony Kapelusznik i ta najgorsza – okrutna królowa, która uwielbia wysyłać wszystkich którzy jej podpadną na szafot. Alicja jest rezolutna, świetnie sobie daje radę w tej dziwnej krainie. Ale czy uda się jej wrócić do domu?

Za co kocham „Alicję” w wersji Disneya? Za kreskę. Jest genialna. Za dowcip – niby dziecięcy, a po latach odkryłam go zupełnie od nowa. Już abstrahując od tego, że sama fabuła jest genialna – to naprawdę świetny materiał na bajkę. Jest psychodeliczna i momentami ciężko się połapać, ale to jedna z najpiękniejszych powieści, jaka została stworzona i dzięki Walt Disney Productions mogła dostać wyjątkową oprawę.

Dzieło z 1951 roku zdaje się być stworzone według zupełnie innych kluczy. W porównaniu z ówczesną animacją – tamta to jedynie bazgroły. Dubbing też nie jest jakiś wybitny, w porównaniu do tego, co dziś zostaje nam zaserwowane. Muzyka? No „Mam tę moc” to tam nie grali. Tylko jako dziecko nie zwracałam na to zupełnie uwagi. Nic mnie nie rozpraszało. Mogłam chłonąć przygody Alicji i chyba wystarczająco mocno na mnie ta ekranizacja, jak i powieść wpłynęła, skoro dziś, mając 29 lat mogę powiedzieć, że to moja ulubiona książka i bajka.

ON:

Dziś rozpoczynamy tydzień z bajkami ze stajni Disney’a. Będzie trochę klasyki, ale pojawią się też nowe produkcje. Dziś „na warsztat” idzie niesamowita, jak na swoje czasy, animacja o dziewczynce Alicji i białym króliku z zegarkiem, który cały czas się gdzieś spieszy.

Adaptacja książki Lewisa Carrolla przyszła na świat w 1951 roku. Dla mnie jest to niedoścignione dzieło, którego nie można krytykować pod żadnym względem. To animacja ze starej szkoły, która rysowana była ręcznie, a w całą produkcję zaangażowane były ogromne rzesze grafików, animatorów i filmowców. Ten tytuł wybrała Paulina z racji tego, że kocha ogromnie książkę Carrolla, a także ten film.

Ja sam chętnie przypomniałem sobie „Alicję w Krainie Czarów” między innymi dlatego, że ta klasyczna już bajka była chyba jedną z pierwszych (nie licząc czarno-białych historyjek z Myszką Mickey), które widziałem w czasach swojego dzieciństwa. Carroll stworzył opowieść dziwaczną i pełną „demonicznych” postaci, która może być uznana za niewłaściwą dla dzieci. Trochę się nie dziwię, bo czytając książkę zdajemy sobie sprawę, że facet dość ostro musiał zabalować, jeśli chodzi o meskalinę. Takiego tripu życzę każdemu, bo nie za często chyba można odlecieć, aż tak bardzo.

Disneyowska “Alicja” jest jednak czymś innym, niż jej późniejsze wersje i adaptacje. Przede wszystkim zrobiona jest dla dzieci i chociaż czasem może być niezrozumiała dla młodego widza, to na pewno nie będzie straszyć i nie przysporzy zbyt wielu koszmarów. Koniec, końców to bajka dla dzieciaków. Nawet „mroczniejsze” elementy zostały w odpowiedni sposób skarykaturowane, by bardziej bawić niż straszyć. Na pewno ukłon należy się też aktorom podkładającym głos poszczególnym postaciom. Mieliśmy okazję obejrzeć wersję z polskim bubbingiem i jest on naprawdę niezły. Alicja, to Alicja, ale kurde Zajączek rządzi. Czuć po prostu, że włożono w podkładanie głosów bardzo dużo serca i pracy. Dzięki temu dostajemy naprawę niezły produkt.

„Alicja w krainie czarów” to obowiązkowa pozycja dla każdego fana disneyowskich animacji. Jest ładna, ma świetnie podłożone głosy i przede wszystkim wciąga.