ONA:
Mam ogromną tolerancję, jeśli chodzi o filmy akcji. Właściwie na ogół widzę w nich same plusy, ale pod warunkiem, że coś się dzieje, że jest rozpierducha, lanie po mordach, że krew leje się strumieniami, a trup ścieli się gęsto. Potrzebuję też elementu zaskoczenia. Poza tym, gdy w filmie pojawia się Willis, Wahlberg albo Statham to nie tylko mam motylki w brzuchu, jak przed pierwszą randką, ale i kisiel w gaciach (jak przed pierwszą randką). Ale tym razem było dość drętwo.
Nick Wild (Jason Statham) jest wkurwiony. Swoją drogą Statham na ogół ma takie role i bardzo mu z tym wkurwieniem do twarzy. Pracuje jako ochroniarz, ale nie taki przy supermarkecie, tylko „do zadań specjalnych”. Dysponuje wyjątkowymi umiejętnościami, dzięki którym wiele może. Ma też sporą listę kontaktów, które uruchamia, gdy czegoś potrzebuje lub gdy musi coś (lub kogoś) załatwić. Oczywiście jest społecznym wykolejeńcem, więc nie ma co liczyć na domek z gankiem, na zasadzoną lawendę w rustykalnych doniczkach, na kominek z buchającym ogniem i na romantyczny seks pod nim, na jakieś zwierzęcej skórze. Za to Nick lubi hazard. Właściwie można powiedzieć, że uwielbia. Tak, jest uzależniony. Szybko potrafi się wzbić i zaraz potem z impetem spaść i się roztrzaskać. Ale ten wątek w filmie jest poboczny. Fabuła krąży wokół przyjaciółki Nicka, która została zgwałcona i pobita, i która pragnie wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. Wild decyduje, że jej w tym pomoże. Przy okazji tropienia zbira, Nick niańczy młodego kolesia, który chce pograć w karty, ale się wstydzi i boi. Wydawać by się mogło, że wszystko jest wiadome, a tymczasem – nie jest nic. Tak chcieliby twórcy.
Właściwie mogłabym napisać, że to całkiem fajna sensacja, ale tego nie zrobię. Oczywiście nie ma sensu dopatrywać się tu jakieś logiki, bo czasami jest jej więcej w podrzędnym sci-fi, niż w filmach akcji, ale tu jest nieco niemrawo. Jestem już naprawdę „łaskawa”, bo przecież uwielbiam to, jak gra Statham i absolutnie nie przeszkadza mi to, że gra zawsze tak samo, ale tu jest po prostu nudnawo. Ot, kolejna sensacja, która w większości przypadków zostanie obejrzana raz i raczej nikt jej nikomu nie poleci. Jest wiele innych, lepszych filmów o tajemniczych zakapiorach, którzy lubią hazard. Mimo tego, że twórcy bardzo się starali nas zaskoczyć – nie wychodzi im to. To poprawne kino akcji, ale bez fajerwerków.
ON:
Statham to facet, który raczej nie zagra w kinowej adaptacji Hamleta. Jego akcent, mięśnie i wygląd powodują, że niejedna pani ma mokre majtki, a są i takie kobiety, które za noc z nim dałyby sobie uciąć nogę. Statham to twarz filmów akcji, a każda produkcja, w której się pojawia, przeważnie wypełniona jest obitymi do granic możliwości typami. Ale czy podobnie jest w „Wild Card”?
Reżyserem tego widowiska jest Simon West, znany z „Niezniszczalnych”, czy też z „Mechanika”. Kino które tworzy, jest widowiskowe i pełne akcji. Niestety, czegoś w opisywanym dziś filmie brakło. Czego? Nie do końca wiem, może pomysłu na to, co ma się dziać dalej? I chociaż całość ogląda się dobrze, to na końcu pozostaje pewien niedosyt.
Nick Wild (Statham) to żyjący w mieście grzechu ochroniarz i hazardzista. W obu przypadkach jest perfekcjonistą w tym, co robi. Jako ochroniarz z odpowiednim doświadczeniem i znajomościami nie ma sobie równych, a jeśli chodzi o hazard – także mamy do czynienia z górną pólka. Wywalenie jednorazowo 25 czy też 500 tysięcy w kasynie to normalka. Pewnego dnia do jego biura przychodzi młody chłopak, który chce ochrony podczas zwiedzania miasta oraz zabaw w kasynach. Nick godzi się na to, chociaż bardzo niechętnie. W tym czasie dzwoni do niego przyjaciółka, która zarabia kasę na spotykaniu się z różnego rodzaju mężczyznami. Jej ostatni fagas okazał się jednak typem lubiącym ostre zabawy i dziewczyna wygląda teraz jak kotlet mielony. Nick jedzie do niej, aby dowiedzieć się więcej na temat całego zajścia i obiecuje jej, że dowie się, kto za tym stoi. Krótki wywiad prowadzi do powiązanego z mafią typa.
„Wild Card” wpasowuje się idealnie w szablony znane z tego typu filmów. Jest dobry facet, zły facet, piękna kobieta i kupa kasy. Wszystko tutaj ma swoje miejsce, tyle że mało zgrabnie to poukładano. Są momenty dłużyzn, a jeśli ktoś szuka tu tak wartkiej akcji jak w „Mechaniku”, czy nawet w „The Transporter”, to bardzo się zawiedzie. Wydaje mi się, że tak naprawdę pełną radość będą czerpać z tego obrazu tylko wielbiciele gatunku. Zresztą zobaczcie sami.
