ONA:
Ciało ludzkie ukształtowane podczas stuleci ewolucji, jest tworem z jednej strony genialnym i pięknym, a z drugiej – szalenie kruchym. Pogarsza się nam wzrok, kręgosłupy wyginają się pod różnymi kątami, psują się zęby. Wystarczy jedna mała bakteria, by zabić cały organizm. Wystarczy, że w autobusie ktoś kichnie, by 2 dni później kilka osób leżało plackiem z grypą i temperaturą. Moim ulubionym schorzeniem, są wszelkiego rodzaju zatrucia pokarmowe, które potrafią dopaść mnie w każdym miejscu na świecie, a najbardziej jakieś 1500 km od domu. Wiele czynników wpływa na to, co dzieje się z naszym ciałem i jak reagujemy na te wszystkie „próby”. Najgorsze jest jednak to, że czasami zniszczone i wykończone ciało żyje z aktywnym i sprawnym umysłem. O tym jak pokonać schorowaną „skorupę”, a mózgowi przedłużyć życie, opowiada film „Klucz do wieczności”, który obejrzeliśmy niedawno.
No powiem szczerze, że na samą myśl o tym dziele bolały mnie zęby, bo ta tematyka jest dla mnie skrajnie oklepana, plus twórcy nie potrafią na 100% poradzić sobie z sensem w tego typu produkcjach, a Reynolds jest dla mnie aktorem słabym – nie ma w nim charyzmy. Co ciekawe – „Klucz…” zaskoczył mnie bardzo poprawnym wykonaniem, a i sam bohater mnie jakoś wyjątkowo nie męczył. Minusem jest tylko to, że ma lekkie i zbędne dłużyzny, ale da to się obejrzeć bez zgagi.
Damian (Ben Kingsley) to zamożny potentat. Ma mieszkanie w marmurach i złocie, ma szacunek młodszych i starszych, jest podziwiany i uwielbiany. Nie ma niestety zbyt dobrych kontaktów z córką no i mocno szwankuje jego zdrowie. Właściwie pozostało mu maksymalnie pół roku życia. A jest jeszcze tyle rzeczy, które mógłby zrobić… Decyduje się więc na pewien „zabieg”. Jego zewnętrzna powłoka zostanie wymieniona na nową. Umysł pozostanie bez zmian. Stary Damian umrze. Nowy ma 35 lat. Warunek jest jeden: trzeba codziennie o ustalonej porze łykać czerwoną pigułkę. A poza tym – baw się ile chcesz. Nowy Damian (Ryan Reynolds) czerpie więc garściami z życia. Kobiety, imprezy. Ale wystarczyło, że jednego dnia zapomniał wziąć tabletki i coś dziwnego zaczyna się z nim dziać. Przez głowę przelatuje sporo myśli – urwanych migawek, których on nie potrafi poskładać w całość.
Twórcy bardzo przyjemnie potraktowali temat. Film nie jest zły, ale nie robi też szału, nie wstrząsa, nie powoduje katharsis. To klasyczne „oglądajło”, przy którym można mile spędzić czas, ale za pół roku już się o nim nie pamięta.
ON:
W ramach wieczornego randkowania przejechaliśmy się do kina. Tym razem na seans, który zaczynał się o 22. Dawno nie zaliczyliśmy takiego nocnego wypadu, więc tym bardziej cieszyliśmy się na film. Pani Maruda była trochę przerażona, ponieważ nie przepada za Ryanem Reynoldsem, który gra główną rolę w „Self/less”, zwanym także „Klucz do wieczności”.
Kto z nas nie chciałby żyć wiecznie? Temat nieśmiertelności ludzkiego ciała poruszany był już w wielu filmach i książkach. Nawet w „Prometeuszu” główną siłą napędową działań Wylanda była chęć stania się nieśmiertelnym. Współczesna medycyna daje nam możliwości, których nie miano jeszcze 100 lat temu. Jednak nadal nie potrafimy przedłużyć ludzkiego życia. Jednak Damian – bogacz, który handluje nieruchomościami, dostał taką szansę. On sam jest już w sędziwym wieku, a na dodatek zżera go rak, który nie odpuszcza. Wielka fortuna może zostać przekazana dorosłej już córce, ale mężczyzna nie ma z nią zbyt dobrych kontaktów. Wszystko dlatego, że całe życie poświęcił pracy, a nie swojej latorośli.
Gdy Damian widzi, że nie zostało mu wiele czasu, postanawia skorzystać z pewnej oferty. Jakiś czas temu otrzymał wizytówkę, która może być jego przepustką do nieśmiertelności. Postanawia więc spotkać się z jej szefem i dowiedzieć się gdzie jest haczyk. Na miejscu dowiaduje się, że jego stare ciało umrze, ale osobowość zostanie przeniesiona do nowego „naczynia”, czyli młodego ciała wyhodowanego specjalne dla jego osoby. Ten zabieg kosztuje bagatela 250 milionów dolarów, ale nie jest to przeszkodą dla potentata, takiego jak Damian. Mężczyzna postanawia więc uporządkować swoje sprawy, dokończyć co może i upozorować śmierć jego ciała. Cała procedura przebiega sprawnie i bez żadnych problemów – po „zabiegu” Damian budzi się w nowym, pięknym ciele. Jest jeszcze małe “ale”: codziennie musi przyjmować czerwone pigułki, które mają ustabilizować jego stan. Co 7 dni będzie je otrzymywał od doktora Albrighta. Jest to pewna niedogodność, a Damian traktuje ją jako smycz, co jest zgodne z prawdą. Teraz jednak postanawia cieszyć się swoim nowym życiem. Sport, piękne auta, szybkie kobiety, alkohol imprezy – to coś, co zabiera Damianowi bardzo wiele czasu. Stara się odzyskać to, co nie było mu dane przez ostatnie lata jego życia. Niestety, każda bajka kiedyś się kończy, tak też jest i w tym przypadku. Damian zaczyna mieć halucynacje, zawroty głowy i wiele innych objawów, które są bardzo niepokojące.
„Self/less” to kino akcji i thriller sci-fi w jednym. Nie ma tutaj robotów, blasterów i innych futurystycznych gadżetów, jest tylko maszyna do przedłużenia życia. Całość nie jest zła, trzyma w lekkim napięciu i co najważniejsze dostarcza dobrej porcji rozrywki, a to chyba najważniejsze.
