All eyez on me – recenzja

All eyez on me - recenzja

Filmy biograficzne – nie trzeba mnie dwa razy namawiać. Szczególnie lubię takie, w których faktycznie znam „coś” z historii. Wtedy mogę weryfikować wiedzę albo jeszcze lepiej – sprawdzać, czy moje wyobrażenie na temat danych wydarzeń, osób, relacji, jest podobne do wyobrażenia twórców. I o ile jestem baaaaardzo daleka od tego, by w ogóle rozpatrywać bez przekąsu rap jako muzykę, tak – szczególnie od pewnego czasu – w tekstach widzę mnóstwo poetyki. Szczególnie gdy twórcy nie rapują wyłącznie o dupeczkach, gibaniu się przy basenie, ew. patoli, z której pochodzą.

All eyez on me – recenzja

Więc jeśli zakładasz, że w rapie może być JAKAŚ TAM poetyka, to prędzej czy później trafisz na artystę, który przyszedł na świat jako Lesane Parish Crooks, a z czasem stał się legendą. Tupac Shakur.

Nie ma co ukrywać: koleś był mega zdolny. Żył w okresie sporych zmian, tworzył muzykę, która dopiero co zaczęła zaznaczać swoje miejsce, chciał przekazać coś więcej. A przy tym wszystkim, zostać uznanym, cenionym, bogatym – a jakże – artystom. Ale legendy muszą umrzeć młodo. Nagle. I Tupac do świata legend odszedł 13 września 1996 roku, mając 25 lat.

Dwadzieścia jeden lat później reżyser Benny Boom wypuszcza swoje dzieło pt. „All eyez on me”, które jest fabularnym filmem biograficznym dotyczącym istotnych wydarzeń z życia rapera. Zaczyna od najdawniejszych czasów, mocno podkreślając aktywistyczne zapędy mamy Tupaca, potem mocno skupia się na rozwoju kariery, aż do tej tragicznej nocy, kiedy to wszystko poszło nie tak.

I niestety, w tym filmie wszystko poszło nie tak. On jest po prostu zły. Jest kiczowaty i tandetny, a próba usprawiedliwienia tego wszystkiego faktem, że mocno dzieje się w kiczowatych czasach, to po prostu błąd. Jest także beznadziejnie zmontowany, a „podkład” dźwięku po prostu bawi. Plus spece od castingów chyba nie za bardzo wiedzieli do kogo aktorzy mogą się upodobnić, bo taki Demetrius Shipp do Shakura podobny jest tylko w znacznej odległości, z mocną wadą wzroku i pod warunkiem, że stoi bokiem.

Sama historia jest ciekawa ale wyłącznie dla osób, które nie znają jej kompletnie. To tak, jakby opowiadać historię Elżbiety II tylko z perspektywy: koronacji i śmierci Diany, pomijając wszystko inne. W skrócie mówiąc: nuda! Oklepane motywy i nuda w opór.

„All eyez on me” można obejrzeć tylko po to, by przypomnieć sobie kilka utworów muzyka. Ale równie dobrze można odpalić Spotify.

Tagi: All eyez on me – recenzja, filmy recenzja, marudzenie, blog popkulturowy, blog recenzencki, recenzje filmów

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad
  • Ten film nie powinien trafić do publiki – on jest zlepkiem kilku scen, przeskakuje lata bez wyjaśnień co się działo i o ile przez pierwszych kilka minut zapowiadało się nieźle, to skończyło się tragicznie. Lepiej, jak mówisz, posłuchac 2Paca na Spotify.