ONA:
Układ prawie idealny. Ona: headhunterka, która ponoć ma problemy emocjonalne. On: młody i kreatywny, zaczynający wspinać się na szczeble kariery. Z wielką niechęcią do zaangażowania się. Ich drogi oczywiście się krzyżują. Oboje są świeżo po zakończeniu związków, ale jak to się mówi, „krew nie woda”, hormony buzują. Między Dylanem a Jamie rodzi się dość specyficzna przyjaźń. No kumplują się, wiadomo. Podczas któregoś wieczoru, spędzonego przy telewizorze, w towarzystwie butelek piwa, stwierdzają jednoznacznie, że seks niekoniecznie musi oznaczać uczucie. Ot, zwierzęca ochota, popęd, fizyczność, która przejmuje kontrolę nad człowiekiem. Ale gdy pomiędzy dwoma osobami zaiskrzy do tego stopnia, że decydują się pójść ze sobą do łóżka, wówczas zwykle zaczynają się problemy. Jamie i Dylan przeszli już wielokrotnie przez takie sytuacje. Co więc robią? Decydują się w ramach przyjaźni na coś więcej, niż tylko komedie romantyczne z bronkiem i popcornem. I tak zaczyna się ich przygoda, która ma połączyć przyjaźń dodatkiem. Jak to się skończy? Kurczę, łudziłam się, że nie w sposób ckliwy i romantyczny, i że faktycznie nie będzie to zwykła komedia romantyczna. Niestety…
W przypadku filmu „To tylko seks”, tytułowa rozkoszna czynność jest jedynie zgrabnym i śmiesznym wątkiem. W między czasie pojawia się wiele ważnych historii. Zacznijmy od początku. Mamy problemy ludzi z utrzymywaniem związku i jednocześnie mamy pokazane dwa sposoby zerwania (jakby ktoś szukał inspiracji), oba zakończone „Mam nadzieję, że będziemy się przyjaźnić.” Potem pokazano nam pracoholizm młodych ludzi, którzy rzucają się w wir obowiązków, tracąc przy tym wiele energii i uczuć. Potem rodzi się samotność i potrzeba bycia w związku, niejednokrotnie na siłę. A na koniec dodajmy ogromną chęć do niepowielania błędów własnych rodziców, co rodzi presję. Tadaaam. I potem trudno dziwić się, że po ziemi chodzi tyle popaprańców. I Dylan, i Jamie są pracoholikami, z problemami emocjonalnymi i wielką niechęcią do angażowania się w związki. Oboje są również napiętnowani problemami własnych rodziców. I jednocześnie postawili swoim potencjalnym partnerom ogromnie wysoko poprzeczkę, której nikt nie potrafi przeskoczyć.
Układ prawie idealny. Lubimy się, lubimy spędzać ze sobą czas, nie jesteśmy w związku, bo nie mamy na niego ani czasu, ani chęci, więc co tam. Chodźmy ze sobą do łóżka. Dziko, zwierzęco, bez zobowiązań. Wykładamy karty: ja lubię to, to i to, a nie lubię tego i tamtego. A Ty? Więc bierzmy się do pracy!
Nie oceniam, nie krytykuję. Film pokazuje młodych ludzi i ich alternatywne podejście do spraw jakże ludzkich. Ustalili reguły gry, podjęli wyzwanie. I zakochali się w sobie, co bardzo ich od siebie oddaliło.
A teraz kilka bolesnych faktów:
– Mila Kunis jest za ładna, żeby grać laskę Justina Timberlake’a,
– Justin Timberlake mimo obcięcia blond loczków, dla mnie pozostanie już tylko i wyłącznie jednym z chłopców z boysbandu i wcale to nie jest punkt do chwały (bo ja wolałam Backstreet Boys),
– w filmie bohaterowie śmieją się z muzyki w komediach romantycznych, a tu tymczasem okazuje się, że i w tym filmie jest ona beznadziejna,
– film jest odważny, niezwykle „fizyczny” i mocno spartolony zakończeniem. Bardzo wyczekuję momentu, w którym happyendy nie będą tak ckliwe, romantyczne i przewidywalne (tu ukłon w stronę „Sztuki zrywania”, która pod tym względem wybitnie mi się spodobała).
ON:
Dla mnie coś takiego jak przyjacielski sex nie istnieje. Zawsze dojdzie do sytuacji, gdy jedna ze stron zaczyna chcieć czegoś więcej. Wtedy mamy problem. Zaczynamy sobie zadawać pytania: „Czy powiedzieć jej/jemu prawdę?”, „Może jednak zostawimy to tak jak jest?, może jemu/jej też się zmieni?” Tak już jest, że mając dużo – chcemy więcej. Nasi fuckfriendsi wiedzą o nas więcej niż partnerzy lub znajomi. Im nie boimy się opowiadać o tym co zaszło w pracy lub że lubimy jak ktoś podczas sexu wkłada nam rurę od odkurzacza do tyłka. To inny poziom „wolnego związku.”
„To tylko sex” opowiada właśnie o takim układzie. On – redaktor, którego – ona (headhunterka) chce przekonać do pracy w NY. Oboje są bardzo różni, ale łączy ich, poza sprawami zawodowymi, także rozstanie z byłymi partnerami. Wspólnie spędzony czas zawodowy doprowadza do wylądowania w łóżku. Od początku ustalają zasady. Ona – wrażliwe sutki, brzydzą ją stopy. On – wrażliwa szyja, bzykam się w skarpetkach, kicham podczas orgazmu. Pierwszy raz, późnej następny i kolejny. Trwa to kilka dobrych tygodni, w tym czasie oboje się do siebie zbliżają, a ich układ, choć temu zaprzeczają, zamienia się w specyficzny związek. W pewnej chwili mówią dość. Stop! To zaszło za daleko, zacznijmy spotykać się z innymi. On trafia na zwierzęce kretynki, ona na doktorka uciekiniera.
W historii pojawiają się jeszcze dodatkowe wątki. Ona ma matkę, która mimo wieku nadal czuje w sobie nastolatkę i sama nie wie z kim chce spędzić resztę życia, on – problemy z ojcem, zaczynającym mieć starczą demencję i lubiącym jeść w restauracjach mając na tyłku tylko bieliznę. Te poboczne historie wprowadzają do filmu trochę inności, odrywają od głównej historii, a czasem mają na nią bardzo duży wpływ.
Jest to kolejna przeciętna komedia romantyczna, ale warto ją zobaczyć dla kilku rzeczy. Po pierwsze NY. To miasto moich (Ona: NASZYCH!) marzeń, zakochany w nim jestem po uszy i widząc bohaterów wchodzących do znanych mi restauracji lub budynków wiem, że jeszcze tam wrócę. Kolejna sprawa Justin T. śpiewający „Jump” Kriss Kross rozśmiesza mnie za każdym razem. Do tego Woody Harrelson, grający dziennikarza sportowego będącego jednocześnie gejem. Genialna rola: mała, ale świetnie zagrana. No i „nikt nie zadrze z Obamą, to przez jego wielkie uszy.”
Warto, nawet tylko dla tych kilku scen.
