ON:
Jeśli nie byliście jeszcze na 3 części „Expendablesów”, to od razu mówię: przygotujcie się na najsłabszą z wszystkich historyjkę. Najsłabszą nie tylko pod względem scenariusza, ale i tego co dzieje się na ekranie. Powodem tego spadku „jakości” jest przede wszystkim obniżenie kategorii wiekowej tej sieczki do „PG-13”. W tym momencie z przepełnionego chamskimi tekstami i flakami dzieła dostajemy bardzo zachowawcze, rodzinne kino akcji. Reżyser Patrick Hughes zagubił się w tej historyjce i zupełnie zapomniał dlaczego widzowie kochani „The Expandables”.
W scenie otwierającej film ekipa Barneya Rossa odbija z więziennego pociągu niejakiego Doca (Snipes). Uśmiechnie się ten, kto wie za co siedział w pierdlu tenże aktor, gdy odpowie co się stało, że go zamknęli. Później będzie jeszcze kilka gagów, tym razem porównujących umiejętności Doca i Christmasa, ale tego cierpkiego humoru, który tak dobrze pamiętamy z poprzednich części, po prostu brak. Poza tym, to, co było najlepsze w tym filmie, to ekipa: dziadki, które z ciężkim sprzętem rozwalają całe armie i obalają rządy. Tutaj ten pomysł został odstawiony na boczny tor. Po nieudanej akcji pojmania złego, niedobrego Stonebanksa, Ross stwierdza, że są już starymi pierdzielami i czas odejść na emeryturę, a on musi poszukać młodej ekipy do dokończenia zadania. Zwalnia więc ze służby staruszków i zabiera się za wybranie młodzików.
Oczywistym jest jak się to wszystko zakończy, bo „Expendablesi” bez starej ekipy to nie ten sam film. Niestety PG-13 wymogło pojawienie się na ekranie dzieciaków w roli superbohaterów, którzy walczą z bandziorami. Bo pryszczaty 13-to latek nie ma pojęcia kto to jest „Sly”. I to parcie na zdobycie nowych widzów okazało się gwoździem do przysłowiowej trumny. Niby nadal jest widowiskowo, ale czegoś w tym wszystkim brak.
Film się nie sprzedał tak, jak tego oczekiwano. Czyli jednak obniżenie granicy wiekowej nie zagoniło do kin tabunów dzieciaków. Druga sprawa jest taka, że na trzy tygodnie przed premierą w sieci krążyła już piracka wersja, którą podobno pobrano dwa miliony razy. To także mogło mieć wpływ na frekwencję w kinach. Nie zmienia to jednak faktu, że z sieczki w starym dobrym stylu zrobiono domowe przedszkole. Szkoda.
ONA:
Jeśli w obsadzie jednego filmu jest Stallone, Statham, Ford, Schwarzenegger, Gibson, Snipes, Lundgren, Banderas, Li i jeszcze kilku innych – to oznacza tylko jedno – Niezniszczalni powrócili, czyli będzie mega rozpierducha w wykonaniu najsłynniejszych rozrabiaków z dużego ekranu. Mniam!
Co prawda panowie są „posunięci wiekowo” i według tego, co mówił Bruce Willis – raczej niewiele z ich formy fizycznej zostało, to jednak nadal filmy z tej stajni są po prostu rewelacyjne, szczególnie, gdy lubi się sensację, akcję, mordobicie, wybuchy, a historia może dziać się gdzieś tam w tle. Najbardziej żałuję tylko tego, że mój ukochany Pan Zatoka nie podjął się reżyserowania tych dzieł. Wtedy obawiam się, że byłyby to moje ukochane TOP3 produkcje i może w końcu nie miałabym problemu, by odpowiedzieć na pytanie „Jaki masz ulubiony film?”
Po dwóch zadaniach, które zakończyły się sukcesami (co zostało uwiecznione w części pierwszej i drugiej), ekipa Barney’a Rossa (S. Stallone) ma kolejną misję do wykonania. W spektakularnej akcji – bo przecież w tych filmach nie ma innych, odbijają polowego lekarza, który ma bardzo akuratną ksywkę – Doktor Śmierć (W. Snipes). Po latach „zniewolenia” Doktorek lekko zdziknął, ale hej – kto z tego zespołu jest normalny? Oczywiście, musi pojawić się też wróg – w tym przypadku będzie to Conrad (M. Gibson), nieprzeciętna łajza. Ross, który po wypadku jednego ze swoich nie chce więcej narażać najlepszych przyjaciół i kompanów, postanawia z nich przy tym „zleceniu” zrezygnować. No ale przecież sam nie pokona Conrada, który nie dość, że jest lepiej ochraniany niż niejeden przywódca państwa, to jeszcze bez problemu w swoich przeciwników pakuje kolejne naboje. Barney potrzebuje młodej krwi. Stare wygi może i są „najlepsi” w robieniu rozpierduchy, ale tu potrzeba czegoś innego, czegoś z nowej ery. Ze swoim wiecznie smutno-wkurzonym wyrazem twarzy wyrusza na poszukiwanie zastępczej ekipy. I muszę przyznać, że znajduje sobie niezłe perełki (i ciacha przy okazji)… I kiedy już wszyscy są skompletowani, czas wziąć się za akcję. Młodzi są świetni, imponują Rossowi, ale i tak wpadają w zasadzkę. Honorowy szef postanawia ich odbić – samotnie. I wtedy do akcji wkraczają stare wygi.
Po trzeciej części mogę to śmiało powiedzieć – nie dorównuje ona dwójce (moim zdaniem najlepsza), ale i tak jest nieźle. Mam wrażenie, że rolę życia ma tu Banderas, który dopełnia cały ten koloryt – jest nadaktywny, nie zamyka mu się paszcza i po prostu bawi jak żaden. Oczywiście, jak to w przypadku „Niezniszczalnych” bywa, poza akcją jest też sporo cynicznego, chamskiego humoru, a jak wiadomo nie od dziś, nic tak nie łączy się z ciężkim, niepoprawnym żartem, jak strzelanki. Niestety, mam też wrażenie, że fabuła powoli się wyczerpuje. Skończyli się już bohaterowie „do wzięcia”, nie wiem co musieliby wymyślić, by zaskoczyć widza. Podejrzewam, że za kilka lat pojawi się czwarta część, którą i tak obejrzę z wielkim zaangażowaniem, bo przecież zgromadzenie ich wszystkich w jednym filmie, to już wystarczający powód, by było fajnie.
