ON:

Przy okazji pisania tekstu o książce Philipa K. Dicka, wyszukałem sobie wszystkie „lepsze” filmy, bazujące na jego prozie. Pomiędzy nimi znajdowała się pozycja całkiem świeża, bo z 2011 roku. Jej tytuł to „Władcy umysłów”. 

To dość nietypowa historia, która mogła mieć podłoże w lękach Dicka, który to uważał, że wszystko jest kontrolowane. Pewna psychoza widoczna jest w jego książkach i opowiadaniach. Dodajmy do tego dużą ilość kolorowych pilsów i nie ma się co dziwić, że spod jego pióra wychodziły tak zakręcone historie. Zacznijmy jednak od początku.

David Norris (Matt Damon) to dobrze zapowiadający się polityk. Ma duże poparcie, a jego zachowanie czasami budzi kontrowersje, ale motywuje tez do głosowania na jego osobę. W dniu wyborów dochodzi jednak do pewnego incydentu, który przeważa szalę zwycięstwa na korzyść kontrkandydata. Tego samego wieczoru David spotyka przypadkowo Elise, dziewczynę, która znalazła się w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie. Krótka rozmowa tej dwójki kończy się namiętnym pocałunkiem. Po wszystkim dziewczyna znika w iście angielski sposób.

Mija jakiś czas. David przegrał wybory, ale jego mowa końcowa wywarła wrażenie na wielu osobach, dzięki czemu nie miał problemu ze znalezieniem nowej pracy. Postanawia odejść z polityki, a do pracy jedzie zwykłym autobusem. Los chce, że znów spotyka Elise. tym razem ich rozmowa jest dłuższa, a dziewczyna daje mu na odchodne numer telefonu. Niestety, to co wydarzy się później spowoduje, że ich drogi znów się rozejdą na kilka lat.

Tak naprawdę w tym momencie poznamy grupę mężczyzn, który opiekują się losem – to oni dbają o to, aby w świecie wszystko układało się, tak, jak sobie to zaplanują. W ich wersji przyszłości David i Elise nie są razem, a ich wzajemny romans może doprowadzić do katastrofy.

Pomimo tego, że historia opowiedziana w tym filmie nie jest jakaś wyjątkowa i niesamowita, to potrafiła mnie wciągnąć. Całość została zgrabnie przedstawiona. Matt Damon całkiem nieźle wypada w roli polityka, zaś Emily Bunt jest takim słodkim cielaczkiem, w którym się trudno nie zakochać. Od samego początku domyślałem się, jak ułoży się cała historia, ale nie przeszkodziło mi to w dobrej zabawie. Na pewno polecam tym, którzy lubią Dicka, trochę z klimatu pozostało.

ONA:

Ja nie przepadam za takimi filmami. Nigdy nie wiem do jakiego „gatunku” je zaklasyfikować i to sprawia, że spinam się jeszcze zanim je obejrzę. Mój „ulubiony” portal filmowy określa „Władców umysłów” jako thriller, romans i sci-fi. Chciało by się dodać „A może frytki do tego?”.

Dzieło George’a Nolfi’ego jest dziwne i trzeba się na nim skupić. To film, w którym można znaleźć mnóstwo bardzo różnych odniesień – każdy według siebie. Jedni zobaczą w tym politykę, inni religię, jeszcze inni media. Jest tu trochę potężnej miłości, trochę manipulacji i mnóstwo elementów, których nie da się w bardzo prosty sposób zrozumieć.

Film trochę się się wlecze, by potem nabrać tempa i znowu zwolnić. To na ogół całkiem fajny motyw, ale tu to nie wyszło. Twórcy chcieli wywołać w widzu skołowanie. Widz zamiast skołowania, poczuł irytację. Mamy tu co prawda świetnego Matta Damona i uroczą Emily Blunt, która już wtedy potrafiła pokazać, że rola w „Diabeł ubiera się u Prady” to był tylko drobny epizod, ale cała reszta jest jak na mój gust – bardzo błaha. Okej, to ponoć sci-fi, tylko takie bardzo nie sci-fi. To ponoć thriller, ale nie czuje się tego zupełnie. Więc może chociaż ten romans? No ok, jest para bohaterów, którzy się kochają i którzy nie mogą być ze sobą. To się zgadza. Tylko i tak można zdechnąć z nudów. W tym filmie jest za dużo wątków i rozpraszających pierdół, które robią wszystko, by nie skupić się na istocie tego dzieła. Jest słowo, które pasuje do tego dzieła. To „niedorzeczność”. Ten film jest mętny, nudny, nędzny i Damon go nie uratuje. Straszliwa strata czasu.