ON:
Jestem właśnie po seansie filmu, o którym mogę powiedzieć jedno: jest to dobrze zagrana i wyreżyserowana opowieść o niczym. No może trochę przesadziłem, to opowieść o ludziach i ich wpływie na losy innych, na przełomie kolejnych stuleci, a może nawet i tysiącleci. O tym właśnie jest „Altlas chmur” braci, ekh.. przepraszam brata i siostry Wachowskich.
Znane z “Matrixa” rodzeństwo wzięło pod swoje skrzydła Toma Tykwera, który ma na swoim koncie kilka hitów, między innymi „Biegnij Lola, biegnij”, „The International”, a także „Pachnidło”. Ekipa zabrał się za książkę Davida Mitchela pod tytułem „Atlas chmur”. Nie miałem okazji czytać tego dzieła, które pozbierało kilka nagród, więc ciężko mi się odnosić do niego. Znalazłem w sieci informację, że ekranizacja tego zakręconego w swojej chronologii tytułu jest trudna. Sprawiać to może wielowątkowość i mnogość bohaterów. Na dodatek wszystkie przedstawione postacie są ważne i odgrywają jakąś rolę, są wręcz elementami ogromnej układanki. Może błędem będzie jeśli porównam ten obraz do „Gniazda światów” Marka S. Huberatha, ale niestety, to pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy, gdy dałem się wciągnąć w historię opowiadaną przez Wachowskich. Nie ukrywam, że budowanie warstwowej fabuły przypomina trochę „Incepcję”, choć jest to inny poziom “warstwowości”. W przypadku Huberatha, jak i filmu z Leonardo DiCarprio, możemy mówić o poziomach układanych pionowo, jedna na drugiej, zaś w obrazie twórców „Matrixa” mamy przeplatający się na siebie ciąg poziomy. Wiem, że brzmi to dziwnie i chaotycznie, ale postaram się wytłumaczyć. W „Gnieździe światów” mamy do czynienia z kolejnymi książkami w książce, aż dochodzimy do tego, że my też jesteśmy kolejną postacią z książki, „Incepcja” pozwala zagłębić się w coraz to głębszych warstwach snu. W „Atlasie chmur” nie czuję pnącej się w górę historii, ale ciągnącą się wstęgę, do której dołączają kolejne, a przeplatają się z nią małe wstążki poboczne. To długa rzeka, która ma swój początek w 1850. Wtedy poznajemy młodego Adama Ewinga. Zamożny, młody mężczyzna wraca do swojego rodzinnego domu, a przypadek chce, że w trakcie tej podróży zaczyna chorować. Nie musi się obawiać, bo opiekę nad nim sprawuje jego „przyjaciel”, będący lekarzem. Ewing nie do końca z własnej woli ratuje też skórę czarnoskórego niewolnika, który zakrada się do jego kajuty. Kolejne dni swojej przygody Adam opisuje w dzienniku. Nim się obejrzymy lądujemy w 1931 roku i zaczynamy się zapoznawać z historią biseksualnego muzyka Roberta Frobishera, który zaczyna pracę jako asystent niejakiego Ayrs’a, znanego, ale dość leciwego kompozytora. Ich wspólnie spędzone chwile przyczyniają się do powstania dzieła wręcz wybitnego. Robert cały czas koresponduje ze swoim jedynym przyjacielem i kochankiem Rufusem Sixsmithem. W jednym z listów opowiada, że czyta pamiętniki Adama, ale nie może ich skończyć, gdyż brakuje drugiej połowy tej książki. Jakie będą dzieje tego pana? Dowiemy się później, bo teraz przyjdzie nam przenieść się do 1975 roku, w którym to młoda i ambitna dziennikarka – Luisa Rey podczas pracy nad sprawą dotyczącą elektrowni atomowej, poznaje starego już Rufusa. Pracuje on w firmie, która chce wprowadzić na rynek nowe pokłady energii atomowej, ale intencje zarządu i lobby naftowego są inne, przez co giną kolejne osoby. Niestety, mężczyzna nie dożyje ich następnego spotkania. Luisa stanie się jednak posiadaczką listów Rufusa i Roberta, a co za tym idzie – dotrze także do wyjątkowego dzieła muzycznego nazwanego „Cloud Atlas Sextet”. Stąpająca po cienkim lodzie wielkich korporacji będzie celem ataku płatnego zabójcy. Czy przeżyje „wypadek”? Może później się dowiemy, gdyż na pierwszy plan wychodzi Timothy Cavendish, współczesny wydawca, który podpadł swojemu klientowi. Ponieważ musi zdobyć w ciągu 24 godzin 50 tysięcy funtów, co jest niewykonalne, postanawia się ukryć. Oczywiście, w jego historii przewija się manuskrypt powieści „Half-Lives: The First Luisa Rey Mystery”, nawiązujący do życia dziennikarki. Na koniec dochodzą jeszcze dwie historie, które dzieją się w przyszłości, a ich bohaterowie w jakiś sposób są ze sobą połączeni.
Uff, gdyby nie goniący mnie czas mógłbym napisać jeszcze kilka zdań o „Atlasie Chmur”. Szczerze powiedziawszy bardzo ciężko mi go ocenić, gdyż nie jest to film zły, tyle, że w całej historii czegoś brak. Może właśnie tego, co było w „Gnieździe światów” oraz „Incepcji”, czyli kolejnych warstw. Czy film warto zobaczyć? Na to pytanie niestety trzeba odpowiedzieć sobie samemu, ponieważ to kino, które niektórzy pokochają, a inni znienawidzą.
ONA:
Oglądanie filmów w łóżku ma plusy i minusy. Niewątpliwą korzyścią jest to, że pod tyłkiem jest wygodnie, kręgosłup czuje się dopieszczony, a nogi mogą wreszcie odpocząć. Wadą jest to, że ciężko się skupić. Już pomijając wszystkie rzeczy typu „ja i mój ukochany, ciepłe , lekkie światło, cisza i spokój”, to ja po prostu potrafię zasnąć nawet nie wiem kiedy. Ułożyłam się wygodnie przy moim mężczyźnie i w pełnym zaangażowaniu oglądałam „Atlas chmur”. Potem świat spowiły ciemności… Dopiero wołająca mama sprawiła, że poczułam, że coś jest nie tak. Dejw nie zauważył, myślał, że jestem „zaangażowana”. I wiecie jak to jest. Organizm podczas takiej 15 minutowej drzemki jakimś dziwnym sposobem wychładza się do granic przyzwoitości, zatem szczękając zębami otuliłam się po nos kołdrą, poprawiając ją dokładnie, żeby żadne zimno nie dochodziło i… ZASNĘŁAM raz jeszcze. Dawid dzielnie opowiadał mi o tych wszystkich momentach w filmie, kiedy ja byłam gdzie indziej. Dzielny chłopak. Trudno tak streścić prawie 3 godzinny film osobie, która kojarzy wątki z pierwszych dziesięciu minut… Niemniej! Nadrobiłam zaległości.
Kiedy „Atlas chmur” pojawił się w kinach, najpierw jako trailer, a potem już w pełnej wersji, ani ja, ani Dejw nie mieliśmy jakiegoś dzikiego pociągu do tej produkcji. Dlaczego? Otóż – naszym zdaniem, to był kolejny film o niczym. Przegadane kino – nic więcej. Nasi znajomi przekrzykiwali się, czy to dzieło spektakularne, czy po prostu nudne. Cóż, trzeba to w końcu sprawdzić…
Właściwie, opowiadanie historii jest trochę bez sensu. Mamy kilka wątków, które przeplatają się w sposób bardzo dynamiczny – można się pogubić. Mamy różne osoby, w różnych czasach, mamy historie bardziej komediowe, inne są nieco dramatyczne, jest coś, co zahacza o specyficzny dokument, mamy też sci-fi. Łączy je główny motyw – egzystencja oraz kilka facjat, które w zaskakujący sposób się zmieniają. W kilku momentach w szoku szeroko otwieraliśmy oczy, wykrzykując praktycznie równocześnie „To jest Tom Hanks!?”. Jeśli zaś chodzi o fabułę, jest ona niebezpiecznie pokrewna moim poglądom na to czym jest życie. Produkcja Wachowskich (już nie braci) jest swoistą podróżą w czasie, przez różne historie, które – jak się okazuje, są ze sobą w pewny skomplikowany sposób powiązane.
Każdy z nas zna to uczucie, gdy czujemy, że coś już kiedyś musieliśmy przeżyć, że coś znamy, ale nie potrafimy zdefiniować co to było. Deja vu? A może coś innego? Wędrówka dusz? Karma? A może jeszcze coś innego? Czym jest piekło? Gdzie jest niebo? Co nas czeka po śmierci? Które drzwi zostaną otwarte, a które sami zamkniemy? Czy jest to w ogóle możliwe, by dwie dusze, rozdzielone śmiercią, przemijaniem, parły ku siebie?
Granica pomiędzy pseudofilozowio-psychologio-religią a szumnymi metaforami jest cienka. Czasami forma przerasta treść. Jedno, co mogę powiedzieć o „Atlasie chmur” to na pewno jego niestabilność. Są wątki bardzo ciekawe, wciągające, inne dopełniają go trochę na siłę. Bez wątpienia na poziomie aktorskim mamy szczyt – to głównie zasługa Hanksa i Halle Berry. Aktorzy mieli wyzwanie – grali różne postacie, niekoniecznie pozytywne, ale zrobili to z klasą. Film jest bardzo ładnie zrobiony, zdjęcia są urokliwe, efekty nie doprowadzają do utraty przytomności, a charakteryzacja (przypomnę: „To jest Tom Hanks!?”) zachwycała. Ale jest to kino nietypowe. Miałam chyba większe oczekiwania po pierwszych scenach. Jak najbardziej go rozumiem, bo jak już wspomniałam – wiele z poglądów na to całe śmieszne życie po śmierci łączy się z moimi wyobrażeniami (a osobą wybitnie uduchowioną nie jestem, ja po prostu mam nadzieję), ale brakowało mi tu zdecydowanie tego CZEGOŚ. Nie wiem, mój umysł jest wypaczony przez maraton „Die hard”…
