ON:
Po długiej przerwie wróciłem do Śródziemia. Tym razem dzięki grze „Middle-earth: Shadow of Mordor”. Jej oficjalna premiera miała miejsce praktycznie rok temu, ale w moje ręce wpadła ona dużo, dużo później. Pierwsze moje przygody z tym tytułem nie nastawiały mnie bardzo optymistycznie. Jednak gdy gra „odleżała” swoje, podszedłem do niej z nową energią. To chyba był dobry krok.
„Shadow of Mordor” w dużej mierze przypomina serię „Assassin’s Creed”. Tutaj także mamy otwarty świat, zabójcę i masę misji do wykonania. Tyle, że naszym celem nie są ludzie, a banda zielonoskórych Orków. Nasz bohater Talion jest, a właściwie był, gondorskim rangerem, ale przyszło mu zginąć, obserwując przy okazji śmierć swoich bliskich. Jednak jego ciało i dusza nie znalazły spoczynku. Na jego drodze staje bowiem duch pewnego Elfa, którego znają na pewno osoby mające na swoim koncie „Silimarilion”. Ta zabłąkana dusza nie potrafi powiedzieć kim jest i co tutaj robi. Stara się znaleźć odpowiedzi na wiele nurtujących ją pytań. Elf postanawia wykorzystać chęć zemsty Gondorczyka ze swoimi celami, tak jedno ciało i dwie dusze będą prowadzić nas przez kolejne etapy gry.
Cała opowieść dzieje się gdzieś pomiędzy „Hobbitem” a „Władcą Pierścieni”. Pojawia się wątek wykucia Pierścienia Władzy, pojawia się postać Golluma, wspomina się o upiorach pierścienia i wielu innych znanych z książek postaci i wydarzeń. Jednak opowiedziana w grze historia jest nadal bardzo luźno powiązana z wydarzeniami książkowymi. Na szczęście nie przeszkadza to w dobrej zabawie.
Monolith Productions, odpowiedzialne za tę produkcję, nie ukrywa, że jeśli chodzi o rozgrywkę to czerpie garściami ze wspomnianego „Assassin’s Creed”. Zaraz po „odrodzeniu” musimy wspiąć się na najbliższą wieżę, aby z tego miejsca zobaczyć, co kryje najbliższa okolica. Naszym zadaniem jest zdobywanie kolejnych informacji wywiadowczych i partyzancka walka z oddziałami Orków. Każda część Mordoru ma swoją wieżę, która odsłania część lokacji i ukryte w niej zadania, zagadki, czy też artefakty. Pomiędzy uaktywnionymi punktami możemy się szybko przenosić, bez konieczności biegania po całej mapie. Talion, jak na Gondorczyka przystało, całkiem dobrze radzi sobie z wrogami. W naszym ekwipunku znajduje się sztylet, miecz oraz łuk. Każdy z nich może być dodatkowo wzmocniony runami, które zwiększają właściwości oręża.
Sama walka przypomina tą z Batmanów. Cios, skok, unik, ogłuszenie i finisher. Kilkunastu wrogów na raz, to nie problem, wystarczy odrobina wprawy. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby wyeliminować wrogów w bardziej subtelny sposób. To wszystko w otwartym świecie, który nie narzuca nam konkretnej drogi i kierunku rozrywki. Jednak głównym atutem jest system Nemezis. To coś, co powoduje, że gra jest unikalna. Nemezis opiera się na hierarchii Uruków. Są dowódcy, przyboczni, kapitanowie. Każda walka może zakończyć się nasza porażką, ale duch Elfa może nas wskrzesić. Gdy ponownie staniemy oko w oko z przeciwnikiem, z którym walczyliśmy, może się okazać, że pamięta on naszą poprzednią walkę. Sam spotkałem jednego Orka, który był wielce zdziwiony tym, że znów walczymy. „Jak to możliwe, że ty żyjesz? Co to za czary?”. Takie rozwiązanie jest naprawdę niesamowite, a ponieważ każdy z graczy może wybrać inną drogę do celu, a i wersji gry jest bez liku. Jeśli dodamy do tego niesamowitą ilość dodatkowych umiejętności w tym przesłuchiwanie Orków oraz uwalnianych niewolników, to okaże się, że „Middle-earth: Shadow of Mordor” jest naprawdę czymś więcej, niż kolejną grą o zabijaniu.
Jeśli nie mieliście jeszcze okazji odpalić tego tytułu, to zróbcie to podczas Świąt, bo naprawdę warto.
