ONA:

Mało kto mnie w życiu zawiódł równie mocno, co M. Night Shyamalan. Ja bardzo długo lubiłam jego filmy, bo potrafiły mnie zaskoczyć. Bardzo długo go broniłam, mówiąc, że on tworzy kino zupełnie inne, straszące i przerażające nieco inaczej. Mi się to do pewnego momentu podobało. Potem moje nastroje nieco opadły, by wreszcie dobić do dna. Shyamalan się skończył. Za kilka lat będzie robił filmy klasy B, które nawet nie trafią do kin. Wspomnicie moje słowa…

Becca i Tyler (tragiczni aktorzy, napiszę o tym za moment) spędzają kilka dni u swoich dziadków. Niby nic takiego, „nocki” spędzone u dziadków zawsze były najlepsze, ale tu coś nie gra. Dzieciaki nie widziały ich przez wiele lat. Nie pamiętają ich zupełnie. A sami dziadkowie… Cóż, są dziwni, ale przecież to starsze osoby, trzeba z nimi obchodzić się inaczej. Dni mijają sympatycznie, chociaż dzieciaki szybko pewne rzeczy zauważają, a „cisza nocna” o 21:30 i brak wi-fi sprawiają, że gówniarzom się nudzi…

I wtedy okazuje się, że o 21:30 zaczynają się dziać rzeczy delikatnie mówiąc – pierdolnięte. Babcia śmieje się chorobliwie do ściany, dziadek „czyszcząc” strzelbę wkłada ją sobie do ust… „Najlepsze” dopiero przed nimi… Tego oczywiście nie można powiedzieć o nas, widzach.

„Wizyta” jest beznadziejna. Nudna, oczywista, z zerowym elementem zaskoczenia. Nie jest też ani straszna, ani przerażająca i szczerze – jest nędznie, naprawdę. Najbardziej irytującym elementem są dziecięcy aktorzy. Straszni! O ile jeszcze w dziewczynce jest jakaś „emocja”, tak młody nie nadaje się nawet do grania w reklamie wafelków. Ich bohaterowie są tragiczni i wcale się nie dziwię, że babcia miała ochotę zamknąć je w piekarniku. Zresztą, dziadkowie też byli beznadziejni, ale Shyamalan ma dość „specyficzny” sposób dobierania aktorów. On po prostu rzuca monetą: orzeł – beznadziejni, reszka – tragiczni, a jak stanie na kancie, to wtedy bierze kogoś lepszego. Zabrakło tu wszystkiego. Nawet dziurawą fabułę i beznadziejny „wykon” można uzupełnić w tym konkretnym gatunku tajemnicą, zaskoczeniem, wodzeniem za nos i atmosferą. Tu nie ma nic, o co mogłabym zaczepić się i powiedzieć na koniec tej recenzji, że warto obejrzeć. Nie, nie warto.

Panie Shyamalan, dał pan dupy na całej linii. Widzę w przyszłości filmy o szczuro-wężo-rekinach, które spadają pod postacią deszczu.

ON:

M. Night Shyamalan swoją karierę zaczął z wielkim przytupem. „Szósty zmysł” był zaskakujący, „Niezniszczalny” bardzo komiksowy, a „Znaki” pomimo tego, że niedocenione, uważam za naprawdę świetne kino. Później coś się jednak zepsuło. Reżyser się gdzieś wypalił, a jego kolejne filmy są coraz to słabsze i naiwne. Podobnie jest z „Wizytą”, która mogła być naprawdę trzymającym w napięciu thrillerem. Niestety, coś poszło nie tak.

„Wizyta” jest filmowym koglem-moglem, znajdziemy tutaj bowiem wszystko. Jest groza, komedia i nawiązania do książkowej i kinowej klasyki, a całość stylizowana jest na film dokumentalny, kręcony rękami dwójki dzieciaków. Nie można ująć talentu Olivii Dejonge i Edowi Oxendouldowi talentu, bowiem ich postacie są naprawdę bardzo przekonujące, tyle że to tylko dwie postacie. W „Lśnieniu” także mamy kilku aktorów i budynek na uboczu, ale tam napięcie krojono toporem strażackim – dosłownie.

Wspomniana dwójka zachowuje się bardzo naturalnie i pewnie tak mogłaby wyglądać ich prawdziwa podróż do „chatki” dziadków w świecie grozy. Jednak dziadek i babcia nie są już tak straszni, jakby się mogło wydawać, chociaż pod koniec przygody pokazują swoje prawdziwe oblicze. Dużo tutaj kingowskiego klimatu – czegoś, co w opowiadaniach „króla” jest typowe, pojawia się często i zwyczajnie się mogło przejeść. Trzeba przyznać, że są jednak momenty, takie jak historia o wodzie opowiadana przez babcię oraz scena, podczas której dzieciaki pokazują mamie co robią w tej chwili jej rodzice, mogą przyprawić o gęsią skórkę. M. Night Shyamalan nie do końca chyba wiedział, co ma wyjść spod jego ręki. Możliwe, że blokowała go kategoria wiekowa bowiem PG-13 nie jest czymś, co pozwala na obrazy przepełnione krwią i grozą.

„Wizyta” zawodzi na całej linii. Dwie dobrze zagrane postaci to nie za wiele. Reszta jest mierna, za bardzo nijaka, jak na twórcę, który uznawany był swego czasu za kogoś, kto „wprowadzi nową jakość do kina grozy”. Z mojego punktu widzenia film można sobie odpuścić.