ONA:

Błagam, niech mi to ktoś wreszcie wyjaśni. Na czym polega tajemnica sukcesu Jennifer Lawrence? Mi absolutnie ta pani nie siedzi. Dla mnie to ta sama półka co m.in. Reese Whiterspoon – z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu obie te aktorki uznawane są za utalentowane i nawet mają Oscary. Lawrence jest charakterna, trochę kpiąca z tego, co dzieje się wokół niej, był ten nieszczęsny „Pamiętnik pozytywnego myślenia”, a potem? Tak, wiem – „Igrzyska śmierci”, wow, wow!

Dla mnie jest marna. Jest szalenie szablonowa i nie zaskakuje wcale. Z jakiegoś powodu obsadzają ją w rolach, które ona trochę partaczy.

Kiedy w kinach pojawiły się reklamy filmu „Joy” – biografii kobiety, która wynalazła mopa, z miejsca zaczęto porównywać go do wspomnianego wyżej „Pamiętnika…”. Tego też nie jestem w stanie zrozumieć. Rozumiem, że za każdym razem, gdy w produkcji pojawi się De Niro, Cooper i ta nieszczęsna Lawrence, to zawsze będzie ona zderzona z „Silver Linings Playbook”…

Tymczasem jednak czas na„Joy”…

Lubię kino biograficzne i u mnie zawsze odkrywanie takich historii ma plus. Mop… Pomyśleliście kiedyś o tym jak to się stało, że mamy go w domu? Że ktoś te kilka lat temu pomyślał sobie „Hej! To będzie wygodne! To będzie praktyczne!”, a potem połączył te kilka kropek w jedną całość. W mopa.

Joy stanęła na życiowym zakręcie. Mimo rozwodu ciągle mieszka z ex-mężem, do tego z matką, która uzależniona jest od seriali i nie wychodzi z łóżka, z babcią, którą kocha najbardziej, z dziećmi. Pojawia się też jej ojciec. Dziewczyna ma naprawdę sporo na głowie. Zmęczona pracą, zmęczona życiem, ludźmi, obowiązkami. Czuć to w tym filmie. Czuć tę presję, wykończenie oraz to, że każdy coś od niej chce. Każdy.

I wtedy w jej głowie pojawia się pomysł na narzędzie, które takim kobietom jak ona bardzo ułatwi życie. Postanawia wdrożyć ten pomysł. Postanawia zawalczyć o siebie i posprzątać swoje życie. Być może właśnie przy pomocy tego mopa.

Przy okazji możemy podglądać to jak te kilkanaście lat temu robiło się interesy, jak silne wrażenie na widzach mogła (lub wcale nie musiała) wywołać reklama, jak się sprzedawało.

No więc mamy Jennifer Lawrence, która gra tak jak zawsze. Niby jakaś tam determinacja, jakieś zmęczenie, jakieś wkurwienie, ale to wszystko jest po prostu mdłe. Mamy Roberta De Niro, który z jakiegoś powodu zaczął lubować się w takich lekkich filmach. Może dobrze, może źle… Fajnie, że ciągle czuje chęć do grania i zawsze, nawet jeśli te filmy są po prostu bardzo zwykłe. Bradley Cooper… Och Bradley… Ma lepsze i gorsze momenty, ale nie zawodzi. To jeden z moich pewników. Zawsze uroczy, zawsze charakterny.

„Joy” to film ciekawy. Porusza wałkowany od dziesiątek lat temat walki o siebie i determinacji, ale w absolutnie nie nowej odsłonie. To jeden z tych dzieł, które mówią o tym, że trzeba walczyć, trzeba się starać i pokonywać siebie, nawet, jeśli życie nas rucha. A może właśnie przede wszystkim dlatego?

To bardziej „babskie” kino. Na raz.

ON:

David O. Russell, który ma na swoim koncie dwa, moim zdaniem bardzo średnie filmy „Poradnik pozytywnego myślenia”, oraz „American Hustle”, po raz kolejny rzuca nam pod nogi średniej klasy kino, które aspiruje do bycia niesamowitą opowieścią. Nie zrozumcie mnie źle, te dzieła nie są złe, ale nie powodują u mnie sraczki, a wiele osób tak je przedstawia. Jenniefer Lawrence jest urocza, ale czy to aktorka oscarowa? Wątpię.

Reżyser po raz kolejny sięga po sprawdzonych sobie aktorów. De Niro, Cooper, Lawrence sprawdzali się jako ekipa w „Poradniku pozytywnego myślenia”, więc powinni sprawdzić się i tutaj. Tyle, że zupełnie mi nie leżą, są po prostu papierowymi postaciami i niczym więcej. Lawrence nie daje sobie rady w roli samotnej matki, tak samo jak nie daje rady w roli rządzącej wielkim finansowym imperium kobiety. Sama historia może jednak zaciekawić, szczególnie te panie, które spędzają 90% dnia w domu i bawią dziecko. Dla nich ten film może być pociechą, impulsem do zmian, bo jeśli jakiejś dupie w USA udało się dojść do czegoś pomimo bachora na cycku, to i mi się uda. Nie! Tak nie jest, świat nie działa w ten sposób.

Dla mnie znów O. Russell pokazuje, że jego kino nie rzuca na kolana. Opowiadane historyjki są co najwyżej przeciętne, a gra aktorska wielkich gwiazd nie zachwyca. Trochę szkoda, ale widać, że wielkie nazwiska to nie wszystko.