Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner FILMY RECENZJA

Fifty Shades of Black

ON:

Zacznę ostro i nie będę pierdolił się w tańcu. „Fifty Shades of Black” jest filmem tragicznym. Nawet dowcipy o pierdzeniu, sraniu i ruchaniu muszą mieć pewien poziom. Tutaj twórcy udowodnili, że poniżej dna jest jeszcze trochę błota i gówna, w którym można się popaplać. Myślę, że Michael Tiddes wraz z Rickiem Alvarezem i Marlonem Wayansem postanowili zrobić film gorszy i głupszy niż „50 twarzy Greya”. Brawo! Udało się! Osiągnięcie na miarę zesrania się na dywan podczas rodzinnej imprezy. Chociaż to drugie wydaje się być trudniejsze i wymaga więcej pracy i samozaparcia.

Christan Black jest czarnym bogatym biznesmenem, który otacza się białymi chudymi dupami, liżącymi mu spocone jaja po meczu tenisa. Gdy w jego życiu pojawia się wyglądająca jak pomieszanie zbitego szczeniaka z osłem Hannah, wszystko się zmienia. W filmie wykorzystano najważniejsze wątki z opowieści o Greyu i przerobiono je na „czarną wersję”. Ja się pytam dlaczego? Ani to śmieszne, ani jakoś wyjątkowo inteligentne. I chociaż nie mam problemu z tym, aby śmiać się ze skeczy o nieudanym analu, to tutaj godziły one w moją inteligencję. Nie wiem, czy to kwestia targetu, czy też twórców. Bo zastanawiam się czy, kolesie, którzy to napisali to kretyni, czy do kretynów skierowali swoje dzieło? Jeśli to pierwsze, to trzeba było ich wyabortować, jak byli mali, a mleko sprzedać. Jeśli to drugie, to oznacza, że nie łapię się w tą wąską grupę osób, które ten gniot śmieszy. Co oznacza, że jest jeszcze dla mnie szansa. Alleluja!

Co z robić z „Fifty Shades of Black”? Nigdy nie oglądać! Dzięki temu, wasze życie będzie odrobinę lepsze.

ONA:

Czy gust się starzeje? Zawsze mi się wydawało, że może on ewoluować, ale czy starość go też dopada?

Cóż, teraz już znam odpowiedź na to pytanie. Owszem, starzeje się. To, co podobało mi się, gdy miałam 20 lat, niekoniecznie musi podobać mi się teraz, gdy zaczyna mnie dopadać powoli trzydziestka…

Obejrzałam „50 twarzy Blacka” i niestety, nie mogę powiedzieć o tym filmie niczego dobrego. Wiedziałam, czego się spodziewać i o ile jakiś czas temu podobny dowcip sprowadzał mnie z zajadami na podłogę, tak teraz… Meh. Mocny meh. Zaśmiałam się raptem 3 razy i to z powodu gigantycznego penisa w misce z płatkami. No żenujący mam dowcip i żenujące rzeczy mnie śmieszą, ale hej! Lepszy taki, niż żaden!

Niestety, ten film nawet dla mnie jest tragiczny. Marlon Wayans zrobił wiele dobrego dla kinematografii, boleśnie obśmiewając w swoich kretyńskich parodiach wiele durnych filmów. Przecież to było do przewidzenia, że za Grey’a też się zabierze. I zrobił to. Zdublował większość scen, relacji, bohaterów. Zrobił to po swojemu, czyli tragicznie.

Kiedyś mnie taki dowcip bardziej bawił. Teraz? No, trochę mnie gniótł w wątrobę. Mam kilka teorii dlaczego. Albo ja i mój gust się postarzeliśmy i teraz tylko poważne filmy, albo format się znudził, co właściwie też jest całkiem sensownym powodem, albo ten film jest po prostu słaby.

Można obejrzeć. Raz. Na kacu. Albo pod jakąś fest imprezę.