ONA:

Są różne sposoby spędzania Świąt Bożego Narodzenia. Jedni najpierw sprzątają każdy zakamarek, a potem oddają się katorżniczej pracy w kuchni, inni resztkami sił siedzą w centrach handlowych, a Marudy dostały kolekcjonerskie „director’s cuty” wszystkich części  przygód Ellen Ripley, więc świąteczny nastrój prysł, gdy pojawił się pierwszy facehugger. 

Zaczęliśmy jak to Bozia przykazała, od „Prometeusza”, którego mam zamiar bronić do ostatnich chwil mojego życia. Dla mnie to przykład bardzo dobrze i ciekawie zrealizowanego przedsięwzięcia, a w wersji BluRay kopie dupę, nawet na tylko telewizorze. Jestem świadoma, że dużo durnostek jest w tym dziele, ale naprawdę nie mam ochoty po raz kolejny używać argumentu przeciętnego fana sci-fi, którym przecież nie jestem. Do cholery jasnej! Szukanie 100% sensu w filmach spod tego gatunku jest delikatnie mówiąc bezsensowne, a jak słyszę, że niezły fuckup zaliczono stawiając Elizabeth Shawn na nogi zaraz po „operacji”, to mam ochotę z intonacją rozkapryszonej gimbazjalistki powiedzieć „Helooooł, to SAJENSKURWAFIKSZYN!”. Ale „Prometeusz” jest za nami. Bardzo czekam na kolejną odsłonę, która ma ciasno powiązana być z dziełem, które dziś opiszemy. Mamy 1979 rok, a na ekrany kin wchodzi film, który na zawsze odmieni losy współczesnej kinematografii. Genialny, ponadczasowy, niesamowity i niedościgniony – „Obcy – ósmy pasażer Nostromo”.

Statek, sterowany przez komputer pokładowy – Matkę, sunie sobie spokojnie po otchłani przestrzeni kosmicznej, zmierzając do swojego celu. Załoga w stanie hibernacji sobie drzemie, a kupa żelastwa jak po sznurku zbliża się do Ziemi. Wtem spokój podróży zostaje przerwany przez sygnał alarmowy, nadany z księżyca jakieś tam planety. Komputer błędnie go interpretuje (są podejrzenia, że działał na Windowsie) i wybudza załogę. Ekipa ląduje na powierzchni satelity. Część zajmuje się naprawą, część robi zwiad. I coś znajdują, a jakże. Wrak starego statku kosmicznego od nieznanej cywilizacji powinien dać im do myślenia, ale wtedy nie powstałby ten film, więc może lepiej, że tam weszli. A w środku znaleźli coś, co wzbudziło ich solidne zainteresowanie – ogromne ilości jaj. Jeden z bohaterów zaznał wątpliwej przyjemności poobcowania z larwą. Zaatakowanego kolesia ekipa przetransportowała na prom, co było ewidentnym błędem, bowiem tam nasze maleństwo pokazało na co go stać. Taaak, załoga Nostromo pozyskała kolejnego pasażera. Kolejni bohaterowie padają jak muchy, poza jednym wyjątkiem – poza dzielną Ellen Ripley (Sigourney Weaver)…

Niezależnie ile razy widziałam ten film, za każdym razem odkrywam coś innego, coś nowego, coś co sprawia, że to dzieło nie znudzi mi się nigdy. Rozmach, z jakim stworzono go tak dawno temu budzi we mnie ogromny podziw, bowiem nie ma w tym za grosz niedoróbek. Twórcy efektów robili co mogli, by sprawić wrażenie na widzach. Zasługują oni na pełne uznanie. W jeden ze scen wykorzystano dymy i laser pożyczone od zespołu The Who, w innej dorosłych zastąpiono dziećmi, by spotęgować odczucia, a scena, w której mały obcy wychodzi z klatki kolesia z załogi była niespodzianką również dla aktorów – wszystko po to, by uautentycznić to, co widzimy. Minęło tyle lat… Produkcja filmów jest tak bardzo utechnologizowana, że głowa mała. A pierwsza część z kwadrylogii „Obcego” nadal psuje głowy…

Ridley Scott tą produkcją na zawsze wpisał się w historię filmów.

ON:

Kiedy wylądował u nas box ze wszystkimi „Alienami i Promoeteuszem”, postanowiliśmy, że w święta ogarniemy quadrologię, a przy okazji przypomnimy sobie znienawidzonego przez wielu fanów „Promka”. Ponieważ ostatni film Scotta mieliśmy okazję już opisywać, to nie będziemy tego robić ponownie. Wystarczy, że potwierdziłem swoje zdanie, co do wielkości tego obrazu. Cały czas dziwie się tej ogromnej fali krytyki, jaką musiał przyjąć film opowiadający o „Inżynierach” z kosmosu. Pozostało nam rozprawienie się z czterema częściami kultowego „Aliena”. Dziś część pierwsza.

Nakręcony w ’79 roku przez Ridley’a Scotta „Alien”, stał się klasykiem gatunku. Mroczny, klaustrofobiczny, przerażający, z bezokimi obcymi stworzonymi przez „chory” umysł H.R Gigera. W 2003 roku pojawia się nowa, lekko poprawiona wersja reżyserska, która różni się kilkoma drobnymi szczegółami. Najważniejsze jest jednak to, że wszystkie części filmu pojawiły się na BR, a co za tym idzie  -jakość obrazu u dźwięku potrafi powalić.

Nie ma chyba osoby nieznającej historii Ellen Ripley, która wraz załogą kosmicznego transportowca ląduje na niewielkiej asteroidzie. LV-240, bo tak zowie się kawałek kosmicznej skały, kryje tajemnicę nie z tej ziemi. Na pokładzie rozbitego statku znajduje się masa dziwnych jaj, oczekujących na… No właśnie w tym momencie należałoby przerwać opowieść, bowiem „Alien” jest zaskakujący. Nie należy zdradzać nazwisk, nie należy odsłaniać ani odrobiny tajemnicy, gdyż psuje to całą zabawę. Jeśli ktoś widział „Obcego” to nie musimy mu przedstawiać wydarzeń, jakie zajdą na pokładzie Nostromo, jeśli zaś nie mieliście okazji zapoznać się z tą produkcją, to polecamy ją czystym sumieniem.

Ridley Scott stworzył dzieło kompletne, nie mam w nim ani jednej rzeczy, do której można się przyczepić. Dzięki wizjonerowi Gigerowi, scenografia potrafi zachwycić: klaustrofobiczne pomieszczenia, biotechnologia przeplatająca się na każdym kroku, może nie w dosłownym znaczeniu tego słowa, ale scena w hangarze, z masą wiszących łańcuchów ma swój urok. Poza tym znajduje się tutaj wiele drobnych szczegółów, drobiazgów, mających nas utrzymać w tym ciężkim klimacie. To także film, który przypina Sigourney Weaver etykietkę, jakiej nie pozbędzie się chyba do końca życia. Osobiście nie widzę jej w innych rolach poza, tą odgrywaną w serii filmów o obcych.

Jest jeszcze coś co mnie urzekło w nowym wydaniu filmów, a mianowicie menu główne. Każda część ma zapętloną pewną animację, która nawiązuje do poprzedniego filmu z serii. To proste, schematyczne, przypominające blueprinty filmiki, wypełnione drobnymi faktami na temat serii. Wygląda to naprawdę wyjątkowo i sprawiło, że potrafiłem siedzieć kilka minut w ustawieniach czytając teksty. Takie smaczki są ukłonem od twórców w stronę fana serii – super sprawa.

„Alien” straszy pomimo tego, że ma już ponad 30 lat i robi to lepiej nie nie jedna współczesna produkcja. Pan Maruda jest stanowczo na tak!