ONA:

Bardzo się pomyliłam, zrzucając ten film do gatunku „Durnawe zapchajdziury, które nie mają zupełnie sensu i są pomyłką filmową”. Otóż – nie. Nie jest to kino wybitne, ale jest fajne i urocze. Czasami to wystarczy. Poza tym gra tu Bradley Cooper. Czasami to też wystarczy. Przynajmniej jeśli chodzi o kwestie estetyczne.

Śmiało można strzelić, że skoro film nazywa się „Witamy na Hawajach”, to właśnie na tym maleńkim archipelagu się dzieje. Hawaje to miejsce wyjątkowe. To prawie koniec świata. To miejsce ze swoją wyjątkową historią i korzeniami, z innymi wierzeniami i zasadami. Podejrzewam, że można się w nim zakochać i przepaść na zawsze. 

Brian Gilcrest (Bradley Cooper) to specjalista od broni. Zna ją na wylot. A ona jego. Po niezbyt udanej karierze w armii, Brian zajmuje się różnego rodzaju „zleceniami”. Jest skuteczny. Ale teraz stoi przed nim nieco inne wyzwanie. To bardzo mocno dotyka etyki, poszanowania innych i jeszcze kilku elementów, które bardzo mocno świadczą o jakości człowieka. Poza tym stanie twarzą w twarz ze swoją dawną miłością, ale to nie koniec kobiet w jego życiu. Jedna ma na imię Tracy, druga Allison, a trzecia Grace.

To film z rodzaju „przyjemniaczek”. Chyba obudziła się we mnie jakaś potrzeba oglądania tego typu produkcji, chociaż jeszcze nie wiem dlaczego. Jest tu i zabawnie, i nawet od czasu do czasu poruszająco. To bardzo ciepłe, urocze dzieło, osadzone w pięknym, malowniczym i bardzo tajemniczym miejscu, zupełnie innym niż to, do czego my jesteśmy przyzwyczajeni. Świetną rolę ma tu Bill Murray, na ekranie pojawia się też Alec Baldwin, ale pierwsze skrzypce gra Bradley i Emma Stone. Nie jest ona jakąś moją ulubioną aktorką, ale nie można odbierać jej ekspresji. Tu jest słodziakiem. Ma swoje wartości, których cholernie mocno broni i które manifestuje. Jest urocza, ciepła, ale i twarda, nieustępliwa. Świetne przeciwieństwo Briana, który – no cóż, można wynająć go do wielu „prac”.

Jeśli szukasz czegoś ciepłego i bardzo niezobowiązującego, to „Witamy na Hawajach” jest bardzo dobrym wyborem. Nie twierdzę, że to film, w którym się zakochasz, ale całkiem możliwe, że po ciężkim dniu, może tygodniu, okaże się idealnym plasterkiem. Takim kolorowym, fajnym, który odciągnie Cię od złego świata.

ON:

Jeszcze kilka filmów, które wybierze Paula i będę miękki w środeczku jak pianki. Te wszystkie komedie, które wybiera, okazują się wypełnionymi emocjami zmiękczaczami serc. Siedzi człowiek, ogląda film i wzdycha. No kurwa mać! Ja jestem facetem, któremu trzeba akcji, cycków i ostrego bzykanka. Zamiast tego dostaję rodzinne dramaty, złamane serca, miłostki, problemy i całą masę rzeczy, które spotykają nas wszystkich każdego dnia. Na końcu filmu zawsze się jednak okazuje, że nie ma takiego problemu, którego nie da się przezwyciężyć, a wszystkie nasze dramaty wydają się maleńkie, takie nijakie, bo przecież zawsze mamy kogoś, kto jest obok nas i kto zawsze pomoże. Najdziwniejsze jest to, że siedzę, oglądam te filmy od Pauli i zdaję sobie sprawę z tego, że mi się one podobają. Że to całe ciepło, to całe kino obyczajowe nie jest nudne, że ma ono w sobie coś, co daję mi wewnętrznego kopa, a chyba o to w tym wszystkim chodzi. Chyba się starzeję.

„Aloha” to kolejny z tej serii filmów. Miała być komedia, a dostałem ciepły obyczaj. Dobra, jest tutaj jakiś wątek związany z armią, podbojem kosmosu, rdzennymi mieszkańcami Hawajów, ale to wszystko, to tak naprawdę tło dla wątku rodzinnego i romantycznego. Mamy faceta – Briana Gilcresta, który pracuje dla armii i prywatnego zleceniodawcy, ma przypilnować, aby wszystko zatrybiło. Jest laska pracująca dla wojska – Allison Ng, która ma pilnować Gilcresta, jest jego psem i nie odstępuje go na krok. Na wyspie mieszka też wielka miłość Briana – Tracy. Nie widzieli się oni kilkanaście lat. W tym czasie ona wyszła za mąż, ma dwójkę dzieci i wydaje się być szczęśliwą, chociaż pojawienie się byłej miłości ostro miesza w jej życiu. Oczywiście, nie może zabraknąć małomównego męża Tracy, czyli „Woodyego”. Jemu także nie w smak cała sytuacja. Gdzieś w tym wieloosobowym galimatiasie pojawiają się problemy zawodowe. Wszystko jest takim koktajlem, w którym są i krewetki i owoce, i papryczki ostre, i modu trochę. Po prostu szejk składający się z codziennych problemów, trosk i do tego wszystkiego jeszcze mamy rakietę kosmiczną. Boom!

„Aloha” nie jest jakimś arcydziełem, ale ma w sobie co „ciepłe coś”, o którymi napisałem na początku wpisu. Dzięki temu film ogląda się dobrze, jest tutaj kilka przesympatycznych scen, a na końcu kapitalny dialog między Brianaem i Woodym.