ONA:

Do Iron Maiden mam jeszcze mocniejszy i głębszy stosunek, niż do Motorhead. Ale oba te bandy bardzo mocno ukształtowały moje muzyczne „JA”. Oba są w mojej strefie komfortu, gdy wszystko inne jest beznadziejne i wkurza. To zawsze dobre wybory. Do samochodu, kiedy mogę się zatopić w dźwiękach, w małej, ciasnej powierzchni, wracając ciemną nocą do domu. Jestem nimi wręcz nakłuwana. Cudownie mi. Albo kiedy krążę po kuchni, próbując się wzbić na swoje kuchenne wyżyny (czyli pokroić równo pomidora, bez naruszania palców). Tak, śpiewam potem do noża. Albo do butelki. Przyzwoitość i obawa o swoje kolana hamuje mnie przed robieniem ślizgów między pokojami. O, albo słuchając przy pracy. Ja generalnie pracuję w ciszy. Chcę słyszeć swoje myśli, szczególnie, że potem muszę je przelać przy pomocy klawiatury. Ale najnowsza płyta Ironów zrobiła mi tak dobrze, że nie dość, że podczas odsłuchu zrobiłam wszystkie taski, to jeszcze energia trzymała mnie do późnego wieczoru. Tak, to był dobry czas dla mojego muzycznego „JA”. Dwa tak wspaniałe albumy, słuchane właściwie na zmianę. Znowu mam 17 lat, długie włosy, umorusane glany, potargane rajstopy. Znowu smak pocałunków miesza się z tanim winem.

Kawałek otwierający „The Book Of Souls” i już wiem, że to 100% Ironów w Ironach. Gdzieś już to słyszałam. Nie w takiej wersji, nie w 100%, ale jakoś bardzo bliski mi ten utwór. Mocne dźwięki, coś dziwnego i tajemniczego w nich, coś… demonicznego? Dreszcze. Zaczynają pojawiać się dreszcze. „Speed of light” już mi się nieco osłuchał. To kawałek, który będzie kiedyś na jakimś „Greatest Hits” obok „Run to the hills” i innych flagowców. Ale jest dobry. Jest prosty, wpada w ucho. Okazuje się, że nawet heavy metalowa legenda może tworzyć hiciory „radiowe”. Nie nazwałabym go słabym punktem. Płyta musi mieć takiego „zaczepiacza”, który pociągnie pozostałe kompozycje, często przeznaczone dla fanów i smakoszy. „The Great Unknown” byłby utworem, który spodobałby się Freddiemu z Queen. On uwielbiał takie miksy. Uwielbiał, gdy klasyczna forma, jaką jest opera, łączyła się z innymi. Rock-opery w przypadku Queen to było coś wspaniałego. A Dickinson ze swoją tendencją do teatralności, wyniósł to na jeszcze wyższy poziom. Poważnie, to można przedstawić w operze. Z odpowiednim anturażem, światłami, kostiumami. I naturalnie z Dickinsonem w roli głównej. Boziu, co on wyprawia z tym swoim głosem?! Te wibracje, ta skala, ta energia, pasja, ogień! Głosisko ma przepotężne, wbijające w fotel, ściskające Cię za bebechy. Końcówka tego kawałka poraża. Najbardziej żałuję tego, że mogłam ten kawałek tylko raz usłyszeć po raz pierwszy. Potężne emocje. Kolejny utwór ma 13 minut. I przez te 13 minut nie jesteś w stanie niczego zrobić. Może Ci się wydawać, że pokonasz to wrażenie, ale… Nie, nie jesteś. Wpatrujesz się w nicość. Słyszysz te charakterystyczne riffy, ten wokal, te wszystkie „zabawy”, które Ironi robią nam od lat. I podoba Ci się to. Rytm miesza się z szaleństwem – a to wszystko daje tak rozkoszną atmosferę, że… Och, to dopiero 4 kawałek, a Tobie jest już tak dobrze, że chcesz wyciągnąć papierosa i zapalić. „When the River Runs Deep” jest jak płynięcie rzeką. Rwący nurt, który rzuca Tobą jak kukiełką, a potem lekka płycizna, byś nabrał sił. A w „The Book of Souls”, który zamyka pierwszą płytkę, Dickinson się wręcz popisuje. Wyobrażam go sobie na scenie albo w studio, gdy po odśpiewaniu tego utworu mówi „I co chujki, Wy tak nie umiecie”.

Drugi krążek to heavy metal sam w sobie. To Iron Maiden w esencji. W tym zakochałam się mając te naście lat i to trwa nadal. „Dare or Glory” nie urywa tyłka. Trochę zbyt lekko wprowadza nas w ciąg dalszy Księgi Dusz. Niby wpada w ucho, ale… Ale potem jest lepiej. „Shadows of the Valley” to hołd Ironów do Ironów. Odpalając ten kawałek zastanawiałam się, czy to nie czasem jakiś dziwny ciag dalszy „Wasted Years”. Ale – to chyba to coś, co można zamknąć w słowie „styl”. Iron Maiden go ma. Wypracowany przez lata, bardzo potężny iiii – trzymający zespół w ryzach (by nie powiedzieć, że w kajdanach). „Tears of the Clown” to znowu jakaś dickinsonowa wariacja i zabawa w operę. Mnie to bierze. Ciągnie nieco tymi Ironami, których ja kocham najmocniej, czyli z lat 80-tych i 90-tych. Ten kawałek jest dość ważny w całym albumie. Zadedykowano go Robinowi Williamsowi. „The Man of Sorrows” zadowoli fanów progresywnego oblicza Maidenów. Dużo tu harmonii… I mocnego pierdolnięcia już na samym początku. Płytę zamyka „Empire of the Clouds” – 18 minut czystego, muzycznego orgazmu. Jest tu wszystko, łącznie z sekcją smyczkową i fortepianem.

Iron Maiden to zespół legenda. Nie wszystkie ich albumy są perfekcyjne, ale ten – jest bardzo bliski tego.. Ponoć to ostatni ich wspólny krążek. Jeśli faktycznie tak jest – to zamykają oni ten rozdział w sposób niezwykle dobry, wysmakowany, z poszanowaniem własnego stylu.