ONA:

Zupełnie nie mam instynktu samozachowawczego. Nie i tyle. Ja, fanka sensacji z Stathamem i Willisem, którą kręcą wybuchy, pościgi i lanie się po mordach, wzięłam się z kino metaforyczne, ambitne, mądre i zupełnie dziwne. Lubię dramaty psychologiczne, lubię kino mroczne i tajemnicze, a Lars von Trier mnie przyciągał. Zatem w sobotni wieczór Marudy odpaliły „Antychrysta” i to był w zasadzie błąd… Na szczęście, oboje byliśmy trzeźwi. No, prawie.

 Zanim film pojawił się na telewizorze, napisałam na naszym fanpejdżu, że biorę się za tego twórcę. Jedni zachwycali się, inni ostrzegali. I zawsze kiedy tak jest, ja daję się skusić. Padło na „Antychrysta”, który miał niby balansować pomiędzy erotykiem a horrorem, a okazał się dziełem niebezpiecznym. Nie zrozumcie mnie źle – wizualnie to dzieło psuje głowę, ale błagam – nie pytajcie mnie o czym on jest. Obejrzałam w skupieniu, posiłkowałam się opisami, ale nie rozumiem go zupełnie.

Film zaczyna się genialną sekwencją w czarno-białej tonacji, która jest kwintesencją tego, co zobaczymy później. Podczas gdy Ona (Charlotte Gainsbourg) i On (Willem Dafoe) oddają się fizycznej żądzy, ich syn budzi się, wychodzi z pokoiku, a potem wspina się na parapet i wypada przez zamknięte okno. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że maluch ginie na miejscu. Ile ta scena trwa? Może z 5 minut? To sam wstęp, praktycznie czołówka, a tu już taki cios, zadany w sposób dosadny i miażdżący. Ale to i tak nic w porównaniu z tym, co dzieje się później. Na parę spada piętno żałoby i bólu po stracie jedynego, ukochanego dziecka. On jest bardzo znanym i cenionym psychiatrą i ze cierpieniem inaczej sobie radzi niż Ona. Nią targają wyrzuty sumienia, a gehenna w ani na chwilę jej nie opuszcza. Ma coraz większe problemy ze sobą, coraz bardziej zatraca się w męce i jednocześnie jest coraz mniej „zrównoważona”. Tak, to chyba dobre słowo. Zatroskany mąż, a przy tym całkiem dobry fachowiec w leczeniu takich urazów, postanawia pomóc swojej kobiecie. Wyjeżdżają razem na odludzie, by w samym środku kojącej natury, bez zbędnych bodźców, ludzi, głosów i trosk wyjść z żałoby w jednym kawałku. Ale co się tam dzieje!!!!

Za każdym razem gdy pytam o von Triera, słyszę „perw”. Ponoć nikt jak on nie łączy nawet najbardziej pokręconej fabuły, z bardzo żwawymi scenami kopulacji. Ja rozumiem, że generalnie w życiu chodzi o to, żeby jeść, wydalać, spać i uprawiać sex, ale aż tak? Jeśli ktoś liczy, że seks w „Antychryście” będzie zmysłowy, pomyli się. Jest dziki, zwierzęcy i właściwie bardziej odrzuca, niż nakręca. Do tego ciągle miesza się z absolutnie ciężkimi klimatami, a koniec końców z jego penisa tryska krew, a ona odcina sobie łechtaczkę. Wszystko dzieje się na tle, które przeraża mrokiem, ciemnością i tajemniczością. Nie ma w nim nic, co daje nadzieję na lepsze chwile. Z każdą kolejną minutą filmu zatracamy się w tej ciężkiej otchłani, która nas ciasno oblepia z każdej strony. Nic już nas nie zdziwi. Ani kolejna „brudna” scena seksu, ani coraz większe zło, które zaatakowało subtelnie, znienacka, stopniowo wchodząc w film i panosząc się w nim coraz bardziej. Von Trier bawi się tym dziełem. Bawi się konwencjami, bawi się wrażeniem, bawi się nami. Koniec końców zmienia się w boga, w pana życia i śmierci. Wpycha nam poniekąd na siłę kolejne symbole, kolejne słowa, przeplata i lawiruje instynktami, stereotypami i najdawniejszymi przesądami. Ja nie wiem czy to kicz, kpina, pastisz, czy on tak na prawdę. Niech mi ktoś powie: o czym do cholery jest ten film? Jest o naturze? O człowieku? Czy jest może o obłędzie, który wywołany jest przez ogromne cierpienie? Co jest tematem „Antychrysta”? Kobieta, która upada, czy racjonalny mężczyzna, który nie potrafi jej pomóc? Czy ten film jest o bogu? I kim do cholery jest tytułowy antychryst?!

Nie mam zamiaru ujmować von Trierowi talentu, bo skupił moją uwagę na długo. Jestem tym dziełem przerażona, poruszona, zachwyciło mnie tło, na którym rozgrywają się poszczególne sceny, podobało mi się zderzenie tej meta-fizyczności, jednocześnie mnie przyciągnął i odepchnął daleko, ale ja nie zrozumiałam go wcale. Zatem jeśli chodzi o twórczość pana T. – chcę jeszcze!

ON:

Siedzę przed otwartym edytorem tekstu i od dobrych 30 minut kursor miga na początku pierwszego akapitu. Mam w głowie pustkę, taką samą miałem wczoraj gdy skończyłem oglądać „Antychrysta” Larsa von Triera. Pustka ta jest niezmienna od dnia wczorajszego i nie wiem za bardzo jak sobie z nią poradzić. Wszystko przez to, że zostałem zgwałcony kinem, składającym się z takiej ilości warstw, metafor, odniesień i stylizacji, że nie wiem, co tak naprawdę widziałem. Ktoś napisał, że to największy żart w historii kinematografii, nie mogę się z tym nie zgodzić, tyle że może on śmieszyć jedynie reżysera.

Ta podzielona na rozdziały opowieść zahacza o tak ogromną ilość gatunków, że sami nie wiemy z czym mamy do czynienia. Może łatwiej będzie napisać czym film von Triera nie jest. Na pewno nie jest komedią. Resztę gatunków filmowych spokojnie odszukamy podczas kolejnych scen.

Dzieło Duńczyka rozpoczyna się sceną pokazującą pieprzącą się parę. To nie spokojny sex, ale ostre rżnięcie, które przeważnie kończy się otarciami i siniakami. Czarno-białe bezgłośne kadry pokazują coś jeszcze. Małe, kilkuletnie dziecko, które w drugim pokoju wychodzi z łóżeczka i  wspina się na stół, a później zmierza do otwartego okna. Gdy para dochodzi, berbeć radośnie zmierza ku ziemi, lecąc kilkanaście metrów w dół.

Teraz mamy czas na łzy i gorycz, na roztrząsanie przeszłości i próbę poradzenia sobie z tym, co się stało. Mężczyzna, światowej sławy psychiatra, jakoś pogodził się z losem, jego żona zaś staje się wypaloną skorupą. Oboje są anonimowi, nie ma imion, nie ma nazwisk. Możemy domyślać się, że to specjalny zabieg, który ma pokazać widzowi, że podobna historia może się przytrafić każdemu. Tyle, że kolejne sceny pokazują jak bardzo nierealna staje się ta opowieść. Od momentu gdy para przyjeżdża do domku w lesie zaczynają się dziać rzeczy dziwaczne.

„Antychryst” jest brutalny pod każdym względem. Znajdziemy tutaj przemoc fizyczną, jak i psychiczną, wszystko dodatkowo wypełnione jest sexem. Nie są to sceny subtelnej miłości, to demoniczny akt, dziki, krwisty.

Ciężko mi ocenić „Antychrysta” bowiem jest tak zagmatwany, że chyba poza samym Trierem nie ma osób, które w 100% potrafią rozłożyć i zinterpretować fabułę tego dzieła. Co ciekawe, film mnie zmęczył, ale polecę go każdemu, bowiem takie dzieła powinno się obejrzeć, aby dowiedzieć się jak wygląda kino alternatywne.