ONA:

Przed kamerą Will Smith, Gene Hackman i Jon Voight. Za kamerą Tony Scott. Całość nakręcona była jeszcze w latach 90-tych ubiegłego wieku, kiedy to wszystko mogło być niepoprawne politycznie, a widzom podano dynamiczną, nieco zabawową produkcję, która jest całkiem fajną i jednocześnie przerażającą wizją tego, co dzieje się na świecie. Raptem 3 lata od premiery „Wroga publicznego”, o którym dziś się rozpiszemy, po wydarzeniach z 11 września, to, co było fabułą, fikcją i czymś skrajnie odrealnionym, stało się faktem.

Czasami jest tylko jeden sposób na to, by uciszyć niewygodnego polityka, który do tego jest na tyle wpływowy, że nam zagraża. Trzeba go uśmiercić. I taki też los spotkał pewnego kongresmena, który powiedział stanowcze „Nie” inwigilacji obywateli. Cóż. Skończył marnie. Został zamordowany przez bezwzględnego i patologicznie ambitnego pracownika Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, Thomasa Briana Reynoldsa (Voight). Do tragicznego wydarzenia dochodzi w parku, a całą zbrodnię przypadkowo nagrywa fotograf przyrodniczy – Daniel Zavitz. Oczywiście „ci źli” szybko się dowiadują jaki materiał ma ten facet, więc postanawiają i jego się pozbyć. Ale z Danielem wcale nie będzie tak łatwo. Pakuje on sprzęt i ucieka. Niestety, nie ma co liczyć na to, że to ten koleś będzie głównym bohaterem naszego filmu. Ale zanim dołączy do grona nie za bardzo żywych osób, udało mu się przekazać materiał dalej. I tym szczęśliwcem okazał się młody adwokat, Robert Clayton Dean (Smith). Oczywiście facet nie jest świadom tego co ma w swoim posiadaniu, ale nagle całe jego życie zaczyna się walić. I prywatnie, i zawodowo wszystko runęło i do tego ktoś ma ewidentnie ochotę się go pozbyć. Czy wpadnie na to kto, co i dlaczego? Czy uda się mu doprowadzić do końca tę zagadkę? I co najważniejsze, co ma z tym wspólnego jego była kochanka Rachel (Lisa Bonet) i tajemniczy starszy facet (Gene Hackman)?

Na Teutatesa, jak mi brakowało takiej sensacji! Rozumiem, że nie można żyć wyłącznie strzelaninami, pościgami i fabułą typu „Zabili go, a on uciekł” i czasami nawet ja sięgam po coś ambitniejszego, ale to właśnie takie sensacje jak „Wróg publiczny” są tym, co Pani Maruda uwielbia najbardziej. Dodatkowo kino z tamtych czasów może i jest nieco kiczowate, może ciągnie oldschoolem, ale poza fajną dynamiką, jest po prostu zabawnie, chamsko, a sarkastyczny humor wylewa się z każdej klatki. Tak, tak, TAK! Świetnie się to ogląda. Nie trzeba zachwalać dodatkowo poziomu aktorskiego, a Tony Scott zadbał o to, by wszystko było po prostu pro. Nie mogę uwierzyć w to, że ten świetny reżyser już nigdy nic nie nakręci… To wielka szkoda, bo teraz, posiłkując się obecną techniką, tworzyłby dzieła ponadczasowe i zachwycające od a do z.

„Wróg publiczny” to film, który współczesnego człowieka rozbawi poziomem cyfryzacji i technologii, ale i przerażający… To się dzieje…

ON:

Film z ’98 roku, przepowiadający przyszłość? To trochę jak książka z lat 80-tych, trafnie opisująca rok 2013. Gdy pierwszy raz miałem do czynienia z „Enemy of the state”, byłem 18-to latkiem i zachłysnąłem się możliwościami jakie miał (według filmu) amerykański rząd. Minęło naście lat, a wizja z dzieła Tony’ego Scotta stała się tak prawdziwa, że czasem wręcz przeraża.

Zastanawialiście się jak bardzo nasze dane są tylko naszymi danymi? Anonimowość to bzdura. Może jeśli zaszylibyście się w domku w Bieszczadach, bez telefonu, radia, internetu i zarabialibyście kasę ze strugania Jezusków z drewna, to jest szansa, że udałoby wam się ukryć tożsamość. Choć szczerze w to wątpię. Dość szybko dopadłby was Urząd Skarbowy za brak odprowadzenia stosownych podatków, za sprzedaż wspomnianych Jezusków. To, że staliśmy się numerkiem w tabelce, że urzędnik traktuje nas jak namolnego petenta już wielokrotnie widzieliśmy w różnych dziełach filmowych i literackich. Co ja mówię!? Widzimy to na co dzień. Wystarczy wziąć numerek na poczcie, u lekarza, w urzędzie. „Pański NIP, PESEL, nr dowodu?” Tyle wystarczy aby stać się niczym więcej tyko ciągiem cyferek, który mówi o nas wszystko. Co jemy, gdzie wydajemy kasę, co robimy w wolnym czasie itd.

USA szczególnie uczulone jest na inwigilację obywateli, inwigilację tłumaczoną bezpieczeństwem narodowym i tragicznym 9.11. Z jednej strony nie możemy się dziwić, bo tych, którzy odeszli już nie wskrzesimy, z drugiej strony pytanie: „Jak daleko władza może ingerować w naszą osobę?”

Nie ukrywam, że „Enemy of the state” jest lekko przesadzony i ma kilka naprawdę bzdurnych pomysłów, które łykną Amerykanie (“I ja” – dodała Papi), ale na pewno nie reszta świata. Scena na dachu jest tego najlepszym dowodem. Robert Clayton Dean kilkakrotnie zadaje Edwardowi Lyle pytanie dotyczące GPS oraz elektroniki, którą jest nafaszerowane jego ubranie. Edward szybko tłumaczy co, gdzie i jak. Tłumaczy po to, aby przeciętny, amerykański zjadacz burgerów potrafił rozwiązać zagadkę, z którą przyjdzie mu stanąć pod koniec filmu.

Jeśli chodzi o historię, to wystarczy Wam wiedzieć, że zostaje zabity senator, a przypadkowy prawnik staje się posiadaczem taśmy z zapisem całego zdarzenia. Od tej chwili jest najbardziej poszukiwanym człowiekiem w Stanach. Z dnia na dzień, z minuty na minutę jego życie przestaje być coś warte. Ktoś bardzo się stara, aby jego żona go znienawidziła, przyjaciele się odwrócili, pracodawcy wykopali na bruk. To dopiero kropla w morzu gówna, w którym przyszło mu pływać.

Po „Enemy of the state” widać, że to dzieło lat 90-tych. Szczególnie czołówka wydaje się należeć do starej ery VHS i prostej animacji komputerowej. W samym filmie mamy zaś groźną technologię, która w nieodpowiednich rękach potrafi być zabójczym narzędziem. Tak czy inaczej to dobre dzieło.

A my zaczynamy tydzień z filmami braci Scott. Brakowało nam już tego typu kina. Zapraszamy!