ONA:
W każdej rodzinie są jakieś śmierdzące bąki. W każdej, bez wyjątku. A tu ktoś ma do kogoś pretensje o jakieś stare dzieje, a to ktoś kogoś przyłapał na kłamstwie, co wypomina mu od lat. Ten nie lubi tego, ta z chęcią wydrapałaby oczy tamtej, ale nie robi tego tylko dlatego, bo mają wspólnych przodków. Nie bez przyczyny tyle porzekadeł kręci się wokół tematu „rodziny”. I zauważcie, że sporo z nich nie jest zbyt pozytywnych…
Ponoć najlepsze scenariusze spisuje życie. Nie trzeba być superboheterem, by być osobą odważną. Nie trzeba być prezydentem USA, by mieć honor. Nie trzeba też wiele, by ranić, by krzywdzić innych, by chwiać ich samooceną. Nikt Cię tak nie skrzywdzi, jak bliska osoba, bowiem ona wie o Tobie wiele. Heh, czasem nawet wie o Tobie wszystko. Wie gdzie uderzyć, by zabolało. By wszystko runęło… Jeśli odsuwasz się od rodziny, która przecież powinna dawać schronienie, ciepło, bezpieczeństwo i lojalność, to najpewniej musiało wydarzyć się coś, przez co powstała wyrwa między Wami… Tragedia w rodzinie Westonów sprawia, że skłócone „elementy” będą musiały spędzić ze sobą trochę czasu. W tajemniczych okolicznościach zaginął ojciec, głowa rodziny. Jego żona – Violet (Meryl Streep) od lat cierpi na raka, a jej życie krąży wyłącznie wokół kolejnych pigułek „na szczęście”. Córki tej pary dawno temu porzuciły rodzinne pielesze. Barbara (Julia Roberts) razem z Billem (Ewan McGregor) dorobili się córki, ale sielanka dość szybko się skończyła. Ivy (Julianne Nicholson) ciągle szuka dla siebie właściwego miejsca. A Karen (Juliette Lewis) ciągle wpada w jakieś totalne popapranie. Aktualnie do domu rodziców sprowadziła nowego „narzeczonego”, który ma wiele za uszami. Dodajmy do tego starszą ciotkę – Mattie, która całe życie skrywa tajemnicę oraz jej syna, Charlesa (Benedict Cumberbatch), który w Ivy wpatrzony jest jak gekon w muchę, a przecież nie powinien, bo są oni kuzynostwem (a jak się potem okaże – nie są!).
Być może oglądałam to dzieło w jakimś lekkim spadku formy psychicznej i najpewniej słowa, które właśnie wklepuję są ciągiem dalszym tego uczucia, natomiast moim zdaniem film „Sierpień w hrabstwie Osage” jest produkcją bardzo ciężką. Oczywiście, są cięższe, ale tu nagromadzenie emocji, kłamstw, wyrzutów, roszczeń, tajemnic i intryg jest tak przytłaczające, jakbyście na ramiona położyli sobie dwa wielkie, ciężkie elementy. Z każdą kolejną sceną, w której wylewało się kolejne rodzinne gówno, ja miałam coraz bardziej dość. Ale mimo wszystko dochodzę do wniosku, że ten film jest szalenie pouczający. Bo właściwie jak poprawnie budować relacje i związki z innymi osobami, gdy w tej fundamentalnej komórce, która nas powołuje na świat, która uczy nas jak żyć, jak walczyć, jak kochać i być kochanym, pojawia się tyle toksyczności?
„Sierpień w hrabstwie Osage” to wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe pod wieloma względami. Mimo dość statycznej i nieco przegadanej fabuły, wciąga. Cóż, przy każdej scenie odkrywamy kolejne problemy… Jest świetnie zagrany, ale tu znowu reszta obsady, która jest fenomenalna, musiała zmierzyć się z przeogromnym talentem Meryl Streep. To aktorka wyjątkowa. Każdą rolę gra brawurowo. Każdą! Potrafi być radosna, szczęśliwa, potrafi uwodzić i walczyć, ale bez problemu wciela się w postać schorowaną, uzależnioną, zmęczoną życiem. I robi to genialnie. Ja ją uwielbiam i śmiem twierdzić, że nie ma równie dobrej i nieszablonowej aktorki. A, no i świetnie było zobaczyć Ewana McGregora, który z każdym kolejnym rokiem jest coraz przystojniejszy…
To dzieło dość boleśnie niszczy stereotypowe myślenie o poukładanej rodzinie, która żyje w zgodzie i miłości. Podczas seansu można sobie nieco popsuć głowę.
