ONA:

Jest jest jeszcze mnóstwo filmów, które uwielbiam ponad wszystko, a które tu nie wylądowały. Dlaczego? Powodów jest sporo, ale większość z nich mogę zamknąć w zdaniu „Jak mam napisać o filmie, który tak skrajnie uwielbiam?!”

No dobra, to dziś spróbuję.

„Pojutrze” to film, za którym przepadam. To była miłość od pierwszego wejrzenia, a raczej obejrzenia. Zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Wracam do niego patologicznie często i ciągle trzyma mnie w napięciu. Jest dla mnie sprawdzonym sposobem na „psychicznie” ochłodzenie organizmu podczas piekielnych upałów lub wtedy, gdy czuć nadchodzącą jesień i zimę. Lubię. Za wszystko.

Jack Hall (Dennis Quaid) jest naukowcem, który bada klimat. Wraz ze swoim długoletnim kumplem i przyjacielem Frankiem i młodym żółtodziobem Jasonem stacjonują na Antarktydzie, gdzie odkrywają, że coś niepokojącego zaczyna się dziać z tą naszą starą, poczciwą Ziemią. Szczegółowo objaśnia to na konferencji w Indiach, gdzie z jednej strony spotyka się z szokiem swoich słuchaczy, a z drugiej – z kpiną, szczególnie ze strony amerykańskiego wiceprezydenta. Na tej samej konferencji poznaje swojego naukowego idola – profesora Terry’ego Rapsona. Panowie wymieniają się danymi – obaj są świadomi, że muszą zrobić co w ich mocy, by jak najlepiej przygotować świat na przyszłą epokę lodowcową. Już raz udało się ją przetrwać, a jak będzie tym razem?

Niestety, zarówno Hall, jak i Rapson bardzo pomylili się w swoich wyliczeniach. Coś, co miało nadejść za kilkaset, jak i nie kilka tysięcy lat, zaczyna się dziać już teraz. Dziwne anomalia pogodowe, coraz większy paraliż komunikacyjny, coraz więcej ofiar. Gigantyczne tsunami połknęło ogromne powierzchnie lądów. No i ta spadająca coraz bardziej, coraz szybciej temperatura. Epoka lodowcowa właśnie się zaczęła.

Poza oczywistymi problemami, typu „Najpewniej cała ludzkość wyginie”, Jack ma inną rzecz do załatwienia. Na Manhattanie utknął jego jedyny syn – Sam (młody i totalnie uroczy Jake Gyllenhaal). Hall postanawia w tych ekstremalnych warunkach iść po niego.

Już po pierwszym seansie wiedziałam, że ten film będzie moją perełką. Ja w nim nie widzę wad. Jest świetnie zagrany i świetnie nakręcony. Wszelkie efekty, które tu zastosowano, wyglądają dobrze i bardzo realnie. Cała historia pokazana jest w bardzo sensowny sposób i z tego co pamiętam, jakoś niedługo po premierze tego filmu, naukowcy faktycznie zaczęli przebąkiwać o sporych zmianach klimatu…

Bardzo podoba mi się w tym dziele to, że nie jest on tak skrajnie „efekciarski” jak te inne, które również opowiadają o jakieś tam formie „końca świata”. Wciąga, porusza, trzyma za gardło. A słodki happy end nie zamula.

ON:

„Pojutrze” to chyba mój ulubiony film katastroficzny. Uwielbiam każdą jego scenę, każdy moment i pomimo tego, że widziałem go wiele razy, to za każdym razem, gdy pojawia się w TV znów do niego wracam i oglądam go z takimi samymi wypiekami na twarzy. Myślę, że to zasługa Rolanda Emmericha, który zrobił z tego dzieła bardzo widowiskową opowieść katastroficzną i wplótł w nią historię o oddaniu, miłości i poświęceniu.

“Pojutrze” nie jest dziełem wybitnym, ale ma w sobie coś, co powoduje, że nie zwracamy uwago na wszelkie głupstwa, niedorzeczności i inne, nie do końca przemyślane rzeczy. Właśnie ta epickość całego obrazu, ten Dennis Quaid, który przemierza zamarzniętą ziemię, aby odnaleźć swojego syna powodują, że tak dobrze odbieram ten film.

Oczywiście, jak to w przypadku kina katastroficznego zawsze bywa – najpierw pojawia się naukowiec, który krzyczy do wszystkich, że nadchodzi koniec. Wiadomo, że aby zaczęła się akcja, wszyscy musza go olać i nikt nie będzie przygotowany na to, co nadejdzie. A trzeba przyznać, że nadchodzi dużo, bo ogromne zlodowacenie, które zrobi z naszej żywicielki Ziemi dużą kulkę lodu. Jednym z tych, którzy wierzą z zmiany pogodowe, jest Jack Hall, facet, który na pogodzie i zimowych wyprawach zjadł zęby. W chwili zagrożenia wie, jak się zachować i co robić. Niestety, nie wie tego jego syn, który wraz z grupą wielu osób został uwięziony w nowojorskiej bibliotece. Nie zważając na siarczysty mróz – mężczyzna zabiera tyłek w troki i wyrusza na ratunek swojego dzieciaka.

Niby wszystko w tym filmie wydaje się oklepane i idealnie wpasowuje się w ramy gatunku, ale w tym przypadku nie jest to nic złego. Od początku wiadomo kto jest kim w tej opowieści. Szybko zdajemy sobie sprawę, które osoby nie przeżyją. Bez problemu wytypujemy wygranych i przegranych tego widowiska. Emmerich nie odkrywał koła na nowo. Po prostu zabrał to, co najlepsze z kina katastroficznego i podał to w odświeżonej szacie. Dzięki takiemu rozwiązaniu „Pojutrze” broni się bez żadnego problemu nawet po tylu latach od premiery.