ONA:
Jakbym miała zrobić listę moich 10 ulubionych filmów, to jedyną pozycją, w której nie strzelają, nie ma bebechów, pościgów, Bruce’a Willisa, chamskiego humoru itp. byłyby „Stalowe magnolie” – mój najulubieńszy babski film, na którym płaczę, ba – wyję, nieustannie od ponad dwóch dekad.
To historia grupy kobiet, które mieszkają na południu Stanów, w malowniczej Luizjanie. Mamy końcówkę lat 80, kicz w pełni. Od razu słyszę „Jambalayę” i typowo „kowbojski” akcent. Poznajmy zatem bohaterki. Truvy Jones (Dolly Parton) to fryzjerka. Posiada gigantyczną fryzurę, talię, która nie mogła być wyłącznie boskim dziełem, ma również męża lenia i syna, który delikatnie mówiąc – nie udał się jej. Jej królestwem jest salon piękności, w którym od wielu, wielu lat rządzi dewiza „Nie istnieje coś takiego jak naturalne piękno”. I to właśnie tam spotykają się psiapsióły, nie tylko na zabiegi pielęgnacyjne, ale przede wszystkim na ploteczki. Truvy mimo wielu problemów, szczególnie w życiu prywatnym, zachowuje totalny optymizm. Pewnego dnia w jej progu staje Annelle (Daryl Hannah) – dziewczyna znikąd, z jakąś tajemnicą, a do tego nieco głupiutka, naiwna, zagubiona. Truvy daje jej szansę i zatrudnia ją w swoim królestwie. I od razu rzuca na głęboką wodę – dziś mają przygotować fryzury ślubne na matki i przyszłej panny młodej. Pozwólcie, że przedstawię: M’Lynn Eatenton (Sally Field) i jej córką Shelby (Julia Roberts). Dopełnieniem tej gromady będą dwie, nieco starsze od reszty panie – Clairee Belcher (Olympia Dukakis), wdowa po byłym burmistrzu, odważna, wpływowa, kochana i podziwiana oraz Ouiser Boudreaux (Shirley MacLaine), która jest równie wyleniała jak jej stary pies, ale ona ma to gdzieś. Jak sama mówi „Od 40 lat jest w złym nastroju” – zawsze wkurzona, zawsze zgryźliwa, zawsze na wojennej ścieżce. Faceci w tym filmie są – owszem, ale stanowią jedynie tło, uzupełnienie swoich żon, matek, które i tak rządzą całym światem. Poza typowymi dla „dam z Południa” rozrywkami, dziewczyny spotykają się, świętują razem swoje sukcesy i porażki, plotkują i wspierają się ile tylko mogą. Każda z nich ma swoje problemy, ale największą „tragedię” przeżywa Shelby. Jest diabetyczką, w filmie widzimy jak zaskakująca może być jej choroba. Lekarze zalecili jej, by ta nie zachodziła w ciążę, a ona wbrew im i swojej matce – postanawia mieć dziecko…
Ten film to dla mnie klasyczny wyciskacz łez. Więź między córką a matką, która dla swojego dziecka zrobi wszystko, więź między kumpelami, które są ze sobą na dobre i złe, mimo, że nie połączył ich żaden święty węzeł – wzrusza i śmieszy. Bo właśnie taki jest ten film, on rozbudza wszystkie możliwe uczucia, by na koniec trysnąć solidnym strumieniem łez. Sytuacje, które widzimy na ekranie są i komiczne, i prawdziwie mądre, i tragiczne. Złote myśli babek powalały mnie na kolana swoją szczerością i prawdziwością.
„Stalowe magnolie” nie ma ponadprzeciętnej muzyki i zdjęć, które zachwycą. Kręcony jest jak typowe kino obyczajowo-komediowe, z końca lat 80. Ale mimo to ujął mnie niemożliwie. To pewnie przez samą historię, a już na pewno przez obsadę. W jednym obrazie znalazły się kapitalne aktorki – każda inna pod względem fizycznym, metrykalnym, każda z innymi predyspozycjami i zdolnościami, ale razem tworzą świetny zespół. Dolly Parton jest „sobą”: kiczowatą laską, która ma wszystko bardziej. Jej umiejętności aktorskie w zderzeniu z Sally Field wypadłyby słabo, gdyby próbowała silić się na granie dramatyczne. A tak – jej postać jest szczera. A jak już jestem przy Field – uwielbiam, gdy gra ona matki. Uwielbiam! Tak samo jak kocham, gdy Robert De Niro gra ojców. Jednak moją ulubioną postacią w tym filmie jest kreacja Shirley MacLaine – Ouiser to właśnie ja, za jakieś 35-40 lat.
Nie wracam do tego filmu zbyt często, ale oglądam go co najmniej raz w roku. Organizm sam się tego domaga. I właśnie niedawno, kiedy to moje włosy zmieniały się z czerwieni na rudość, a ja przez spływającą farbę musiałam siąść na dupie, stwierdziłam, że to dobra pora. Obok był mój ukochany facet, który zerkał mi przez ramie, a pod koniec filmu ścierał mi mele z pleców i łzy z podłogi.
ON:
Kiedy Papi powiedziała, że będziemy oglądać „Stalowe Magnolie” pomyślałem: „Kurde Paulina chce oglądać film o mafii?”, ale okazało się, że to mi się pojerdoliły filmy i wspomniany wcześniej tytuł z mafią nie ma nic wspólnego. Chociaż, jeśli popatrzymy na grupę przyjaciółek, o których opowiada to dzieło, to możemy nazwać je kobiecą mafią.
Przyznam się, że cały film oglądałem jednym okiem, skupiając się na otworzonym na laptopie pliku graficznym. Ale nie przeszkadza mi to opisać go w kilku zdaniach. Jest to typowy wyciskacz łez dla kobiet. Mamy tutaj miłość, przyjaźń, śmierć, dzieci, pieniądze, facetów itd. Jest to także historia trochę nierealna, gdyż opowiada o czymś co do końca tak naprawdę nie istnieje, a mianowicie o prawdziwej kobiecej przyjaźni. Jak sami wiecie z facetami to jest tak, ja się pokłócimy to damy se po razie, a później wypijemy razem wódkę. Kobiety działają inaczej. Ktoś kiedyś powiedział: jeśli władcami wszystkich krajów byłyby kobiety, to nie było by wojen. Za to wszystkie kraje byłyby na siebie śmiertelnie poobrażane”. Coś w tym jest.
Ale wracając do samej fabuły. Skupia się ona na przyjaźni 6 kobiet w różnym wieku, których codzienność kręci się koło domu, salonu piękności, ploteczek, herbatki, przygotowań do ślubu i wielu innych czynności, które my faceci nie zawsze zrozumiemy. Wierzyć mi się nie chce, aby sześć tak różnych pod względem charakteru babek się nie pozabijało, ale może gdzieś jest takie miasteczko gdzie pięć plus jedna „facetka” żyją w zgodzie i harmonii ze sobą i otaczających ich światem. To bardzo nastrojowa opowieść, której silną stroną jest naprawdę świetna gra aktorska oraz scenariusz, a w szczególności dialogi. Słuchając kolejnych rozmów sam podśmiechiwałem się pod nosem słysząc tekst w stylu „Eat shit and die!”, które wypadają z ust kobiety, a nie jakiegoś Marines zabijającego obcego.
Nie ukrywam, że na pewno nie jest to film dla facetów, widać to od pierwszych scen. Jeśli jednak chcecie sprawić waszym kobietom odrobinę przyjemności, otwórzcie butelkę wina, siądźcie na kanapie, wtulcie się w siebie i oddajcie się w całości temu filmowi, bo naprawdę warto.
