ON:

„Gangster Squad” jest oparty na faktach. Niestety, twórcy rozminęli się z ogromną ilością informacji, które znalazły się w książce Paula Liebermana, przez co opowieść ta stała się bardzo płytka, przewidywalna i co najgorsze – chaotyczna. Na pewno można poświęcić jej chwilę wolnego czasu, ale wygląda na to, że lepiej poświęcić go książce, która bazuje na materiałach publikowanych w prasie. 

Mickey Cohen oraz John O’Mara to autentyczni bohaterowie, którzy musieli stanąć na przeciw siebie, po dwóch stronach barykady. Pierwszy z nich, to psychopatyczny król Los Angeles, który zaczął swoje rządy po II Wojnie Światowej. Ma w swojej kieszeni wszystkich, kasę zgarnia z prostytucji, hazardu, narkotyków, a co najważniejsze – jest popularny bardziej, niż niejedna gwiazda Hollywood. Drugi, to ustatkowany gliniarz, który ma na swoim koncie wiele sukcesów. Właśnie one przyczyniają się do decyzji „góry”. O’Mara ma sformować mały oddział gliniarzy, którzy pracując na granicy prawa rozwalą przestępczą szajkę Cohena. Rozgrywka dość szybko przeradza się w niesamowicie brutalną walkę „dobra” ze „złem”.

Film jest widowiskowy, przepełniony akcją i bardzo ładny. Niestety, spłycona fabuła i unowocześnienie historii nie wpłynęło dobrze na całość. Brakuje tutaj bohaterów, twardzieli w stylu starego, klasycznego kina gangsterskiego. Widowiskowość przyćmiła klimat. Nie znajdziecie tutaj czegoś takiego, co chwyta za jaja i tworzy niesamowitą otoczkę. Takie elementy były „W życiu Carlita”, „Chłopakach z ferajny”, czy też „Tajemnicach Los Angeles”. Do tego dochodzi jeszcze gra aktorska. Sean Penn dwoi się i troi, aby być autentyczny i czasami mu się to udaje. Gosling jest nijaki, a szkoda, bo miał duże pole do popisu. Brolin jest taki, jak miał być – twardy i postawny. To wszystko jednak za mało.

Jeśli lubicie kino NOIR, macie dreszcze, gdy na ekranie pojawiają się kolesie w płaszczach, pod którymi ukryte są Tommy Guny, to na pewno będziecie się dobrze bawić. Po seansie warto jednak sięgnąć po książkę Liebermana i zobaczyć tą prawdziwą wersję tej opowieści.

ONA:

Josh Brolin, Ryan Gosling, Sean Penn. Jest tu też Nick Nolte i Emma Stone. Mocny, gangsterski dramat w reżyserii Rubena Fleischera, to fajna kropka w jego dotychczasowym, dość mizernym dorobku. Ale udało się. Dostał fajny scenariusz, dołożył obsadę, pomysł i proszę – jest. Dobry, męski film.

Oczywiście, nie można wrzucić go do jednego worka z najlepszymi produkcjami z tego gatunku, ale nie jest to dzieło tragiczne. Bohaterowie są charakterni, a fabuła wciąga. Jest łatwa w przewidywaniu, ale i tak wlepiasz wzrok z ekran, bo wciąga Cię opowieść.

Sean Penn jest świetny. Ale on taki jest, po prostu. Ryan Gosling, za którym nie przepadam, nie drażni mnie tu jakoś wybitnie, zresztą – moja cała uwaga i tak był skupiona na Joshu Brolinie.

Nie potrafiłabym się przyczepić do czegoś.

Mocny, intrygujący, chociaż to film „na raz”.