ON:

Niedziela! Magiczny dzień, koniec tygodnia, ostatnie godziny przed poniedziałkowym zapierdolem. Najlepiej spędzić ją leniwie, bez zbędnej aktywności, a jeśli za oknem jest tak jak dziś, to nic tylko wziąć kubek z gorącą czekoladą, wcisnąć się pod koc i czytać książki lub oglądać filmy. Marudy są jednak twarde. Po prawie miesięcznej przerwie wzięliśmy naszą włochatą radość do lasu na spacer. Kij, że z nieba lał deszcz, a wiatr zacinał jak szalony. Wilczyca była szczęśliwa jak nigdy. Mokra trawa, mokre futro, tyle zapachów – szaleństwo. Przemoczeni wróciliśmy do domu, gdy ja „prałem” wilka, Papi przygotowała gorącą herbatę i cynamonowe bułeczki. Uzbrojeni w te pyszności zabraliśmy się za „Trouble with the Curve”, film idealny na taki dzień jak dziś.

Chociaż opowieść kręci się wokół baseballa, to nie jest tylko film dla fanów tego sportu. Brak tu bowiem wielkoligowych rozgrywek, choć znajdą się ciekawostki związane z tym sportem. Poza tym bardzo szybko rozgryziemy zamysł scenarzysty i rozłożymy scenariusz na części pierwsze. Nie jest on bardzo wymyślny i choć złożony z kilku wątków, łatwo je rozdzielić, po prostu uproszczenie, które nie przeszkadza i nie irytuje.

Film nie jest także dramatem sportowym, mamy do czynienia z obyczajówką, w którą wpleciony jest dramatyczny wątek (relacje ojciec-córka, oraz tajemnica z przeszłości), ale to za mało, aby „dramatyzować”. Jest tu także trochę romantyzmu, którego nie spodziewałbym się w dziele związanym ze sportem. Ogólnie nie jest źle. To nie kino wybitne, ale dobrze się je ogląda. Całości dodaje charakteru Clint Eastwood, który w rolach zgryźliwych tetryków jest fenomenalny. Chamski dowcip, cięte riposty to coś, na co czekam w wykonaniu jego osoby. Kilkakrotnie parsknąłem, gdy dowalił kolejnym tekstem.

„Trouble with the Curve” to dzieło o wyszukiwaniu młodych talentów do ligi baseballa. Gus Lobel (Eastwood) zajmuje się wyłapywaniem gwiazd od lat, ma nosa do tej roboty. Wie na co zwracać uwagę, sprawdza, obserwuje i analizuje, co sprawia, że wiele razy wyciągnął z Małej Ligi ogromne gwiazdy. Za trzy miesiące kończy mu się jednak kontrakt, a nad jego starym ciałem siedzi młody sęp, który chętnie zgarnie jego posadkę. Gus jest specyficznym człowiekiem i ciężko go czasami polubić. Uparty i wredny odrzuca od siebie nawet własną córkę – Mickey. Młoda dziewczyna z ambicjami, starająca się zostać partnerem w jakiejś wyburżujonej kancelarii adwokackiej, próbuje zniszczyć ścianę, którą otacza się ojciec. W końcu jednak robi sobie kilka dni wolnego, aby jak za starych czasów wraz z nim pojechać na drugi koniec Stanów, w poszukiwaniu narybku do ligi. Tylko czy ta podróż da im możliwość ponownego zbliżenia się do siebie?

Całość jest udaną produkcją, nic wyjątkowego, wybitnego, ale dobrze się ją ogląda, a to jest przecież najważniejsze. Tak jak wspomniałem wcześniej, kino idealne na długi, jesienny, niedzielny wieczór.

ONA:

Jeśli kiedykolwiek wśród żywych zabraknie Clinta Eastwooda, będzie to gigantyczna i nieodwracalna strata dla ludzkości. Po prostu. Ten człowiek nadał kinematografii zupełnie innych barw i niezależnie, czy jest Brudnym Harrym, czy gdy jest „dobrym, złym i brzydkim”. Ja go uwielbiam za „Gran Torino”. Gdy staje przed kamerą – jest gwarancją, że film, który wybierzemy, jest dobry i autentycznie zagrany. Gdy staje za kamerą – pokazuje nam proste historie, które najbardziej bronią się tym, że są łatwe w odbiorze, mimo, że mówią o bardzo ważnych emocjach i relacjach. Jest w nich wiele ukrytych treści i ponadczasowych prawd. Dziś film, po przeczytaniu opisu którego byłam pewna, że skończy się strasznym szlochem. Nic bardziej mylnego. Owszem, wzrusza, ale to jedna z tych „ciepłych” produkcji, które sprawiają, że zaczynamy zastanawiać się nad samym sobą…

„Dopóki piłka w grze” to film, który składa się z 2 bardzo znaczących elementów. Pierwszym z nich jest miłość do baseballa, a drugim – relacje międzyludzkie i wybory, na które decydujemy się podczas życia. Gus Lobel (C. Eastwood) to starszy facet, który całe życie poświęcił pracy. Kocha ją ponad wszystko, a w swoim zawodzie jest po prostu dobry, od lat. Ma doświadczenie, ma intuicję. Jego metody są przestarzałe, ale dzięki temu bardziej autentyczne. To on decyduje, a nie zaprogramowana na sukces maszyna. Gus jest łowcą talentów baseballowych i od lat przemierza kraj, by wyszukać młode perełki, które będą mogły zasilić szeregi najwybitniejszych graczy. Nie jest lekko. Coraz bardziej pogarsza się jego zdrowie, a za nim stoi młoda konkurencja, wyposażona w sprzęt, możliwości itp. Nad Gusem wisi widmo emerytury, której on się boi jak niczego więcej. Tyle jeśli chodzi o niego… Drugim, równie ważnym elementem filmu jest córka łowcy, Mickey (Amy Adams), która jest pnącą się po szczeblach kariery prawniczką, mocno zdeterminowaną na sukces. Zawsze przy telefonie, zawsze w pełnej gotowości. Aktualnie walczy o duży i w pełni zasłużony awans. Jej kontakty z ojcem nigdy się nie układały. I właśnie teraz, gdy ma niewielki krok do sukcesu, dostaje telefon… Drogi Lobelów muszą się skrzyżować, bo jak się okazuje – nawzajem się potrzebują…

Błędnie zdiagnozowałam ten film. Była pewna, że skończy się on jakimiś smutnymi wydarzeniami, jakąś tragedią, a ja zostanę zmuszona po raz kolejny wycierać smarki i łzy do rękawa. Tak się nie stało. Film jest przyjemny, w sam raz na spokojny wieczór. Ogląda się go bardzo dobrze. Jest i zabawny, i trochę moralizatorski, ale w takim lepszym znaczeniu. Jest genialnie zagrany. Eastwood jak zwykle cierpki i gorzki, ale tylko z zewnątrz. Adams zaskakuje mnie coraz bardziej, podobnie jak i Timberlake, którego zdecydowanie wolę oglądać w filmach, niż na scenie. Oczywiście jest trochę sztampowy. Możemy dość szybko zgadnąć kto ma rację, a kto się myli, kto z kim zaliczy cmoka, kto wyleci z roboty, a kto dostanie życiową szansę. Ale mimo to jesteśmy oczarowani.