ONA:
Jeśli chcesz misternie utkać tajemnicę w filmie, to droga jest tylko jedna i na pewno nie wiedzie przez zamotaną fabułę, która zupełnie nie trzyma się kupy. Lawirowanie między gatunkami też wiele nie da. W tym konkretnym przypadku taki miks bardziej przypomina parodię, niż cokolwiek innego. „Beyond”, bo o tym filmie dziś będziemy rozprawiać, to film, który zaskoczył mnie – niestety – niczym dobrym. Ta produkcja jest klasycznym przykładem potwierdzającym regułę, że przerost formy nad treścią boli. Historia dzieje się na malowniczej Alasce, gdzie wszystko jest bardziej surowe i zimne, niż gdziekolwiek indziej. Spokój pewnej rodziny zostaje zburzony przez tragiczne wydarzenie – pod osłoną nocy zostaje uprowadzona mała Amy. Siedmiolatka jest siostrzenicą szefa policji, więc sprawą żyje cały oddział. Dochodzeniem zajmuje się doświadczony detektyw Jon Koski (John Voight), a uprowadzeniem zaczyna „interesować” się Farley Connors (Julian Morris), który ma niesamowite umiejętności. Porywacze szybko podają swoje żądania, a gra o życie malej staje się coraz bardziej niebezpieczna. Szczególnie, że coraz bardziej wszystko jest „nierealne”.
Zatem mamy tu nieco thrillera, nieco sensacji, jest jakaś tam tajemnica, a twórców ewidentnie kręcą paranormalne klimaty. To wszystko wrzucone jest do jednego gara i przypomina nędzną potrawę, która nie dość, że jest niezjadliwa, to po wszystkim trawi się ją wiele godzin. Nie ma w niej smaku, ani aromatu. Szpitalne jedzenie dla osób na diecie wątrobowej jest lepsze. „Beyond” to słabe i nijakie dzieło, z przekombinowaną fabułą, obok którego przechodzi się obojętnie. To zwykłe „oglądajło”, którego nie ratuje absolutnie nic, a wnikliwy obserwator całą historię położy na łopatki zanim ona na dobre się rozkręci. Poszczególne elementy, a wierzcie mi – jest ich sporo – zupełnie do siebie nie pasują i tylko „siłowe” rozwiązanie sprawia, że upchnięte są w całość.
Podczas seansu żałowałam, że mam jedynie 20 paznokci, bo umalowanie ich było o wiele bardziej interesujące niż to, co widziałam na ekranie. Nie dość, że go szczerze odradzam, to wręcz polecam, by omijać go z daleka, odwracać wzrok i nie dać się nabrać na zgrabny trailer.
ON:
„Beyond” z Jonem Voightem, grającym w głównej roli, byłby całkiem dobrym filmem, gdyby nie był tak zły. Jego słabość widać w każdej minucie, ale największą bolączką jest scenariusz, który jest po prostu głupi i naiwny.
Właśnie jestem po kolejnym odcinku drugiej serii Hannibala i serial ten zaczyna być naprawdę wyjątkowym doznaniem emocjonalnym, jak i wizualnym. Kolejne odcinki tylko powodowały napływ śliny do ust i przyśpieszone bicie serca, teraz siedzę z Pauliną jak na szpilkach i zastanawiamy się co będzie dalej.
Podczas „Beyond” możecie zapomnieć o takich emocjach. Więcej adrenaliny mam podczas wyrzucania śmieci lub karmienia kur. Wiem, że film oglądałem w późnych godzinach wieczornych, ale ta historia jest tak smętna, że po 30 min zacząłem lulać jak niemowlak i musiałem raz jeszcze odpalić go w ciągu dnia. Niby początek sugeruje dobrą sensacyjną historię, thriller z górnej półki, a później dostajemy taka papkę, że dziwie się iż, nie dostałem udaru od tego czegoś.
Jon Voight sygnuje swoim nazwiskiem gniota, w którym sensacja przeplata się z paranormalnymi umiejętnościami młodego medium. Wszystko fajnie, ale wykonanie tragiczne. Koniec końców intryga, a może zagadka, okazuje się grubo szyto fikcją, której można domyślić się mniej więcej w 1/3 filmu. Historia uprowadzenia 7-letniej dziewczynki z Anchorage na Alasce nie przejmuje i nie straszy. Nikogo z nas nie obchodzi jej los, jej prawdopodobne cierpienie. Więcej emocji miałem podczas seansu „30 dni mroku” – opowieści typowo fantastycznej, bo pełnej wampirów i zagubionych duszyczek małego Borrow także na Alasce.
Trochę tutaj biegania za własnym ogonem i zjadania pomysłów, które mogły nadać dziełu charakteru. Motywy paranormalne mogłyby dać nam więcej strachu, ba nawet zahaczyć o starą historię rodzinną lub lokalne wierzenia. Niestety, nikt nie sili się na wyjątkowość i koniec końców dostajemy finał rodem z brazylijskich seriali pokroju „Zmutoawnego Anioła”. Szkoda, bo zapowiadało się dobrze.
